Welcome to Phnom Penh (A.D. 2008)

W swoim pamiętniczku ze zdziwieniem czytam, że określiłem Phnom Penh mianem „ładnego miasta”. To jakieś nieporozumienie i musiałem być wtedy kompletnie pijany. Nie zrozumcie mnie źle – stolica Kambodży jest niewątpliwie atrakcyjna i można w niej znaleźć rzeczy, które zachwycą niemal każdego, ale na pewno nie można uznać jej za ładną w ogólności. Te wrażenia podtrzymałem zresztą po swojej rewizycie na miejscu niemal 10 lat później.

Pierwszym, co rzuca się w oczy, to ilość śmieci. Miejscowi nie przejmują się ekologią, ani tym bardziej estetyką swojego miasta, co owocuje zaułkami pełnymi odpadków, a jeśli ma się nawet niewielką dozę szczęścia – także solidnie utuczonych szczurów i karaluchów. Ten niezbyt miły obraz dopełniany jest przez potwornie zakurzone ulice – część z nich (głównie te poza centrum) nie jest nawet pokryta asfaltem, więc w suche dni nad miastem unosi się chmura brązowego pyłu, wciskającego się dosłownie wszędzie. Nie działa to najlepiej na budynki, pokryte tym gównem od góry do dołu, a dodatkowo naćkane na chybił trafił tak, jakby miejski architekt był na konkretnym haju. To ostatnie nie jest w Azji jednak żadną nowością, a byłem później w krajach, w których zjawisko przybierało jeszcze większe rozmiary (jak w Hanoi) – głównie ze względu na astronomiczne (jak na tamtejsze warunki) ceny nieruchomości.

Tym, co Phnom Penh (i właściwie całemu krajowi) można zaliczyć na plus, są ceny. W 2008 roku lokalna waluta (Riel kambodżański) była rzadko spotykana w obrocie – nie jestem pewien, czy w ogóle ją kupowaliśmy. Ceny większości towarów szybkiej konsumpcji były podawane w dolarach amerykańskich, przy czym – w odróżnieniu od kraju jej pochodzenia – opiewały one często na sumy poniżej 1 USD. Wszelkiego typu street-food, batoniki, puszki napojów chłodzących i tym podobny szajs kosztowały grosze – największym problemem było często znalezienie drobnych, bowiem nikt o zdrowych zmysłach nie wozi raczej przy sobie worka pełnego monet. Tym niemniej – było tanio, chyba że mówimy o biletach wstępu do Angkor (ale o tym będzie później).

Phnom Penh

Ci panowie nieco przyczyniają się do syfu

Niestety, jest też mit, który muszę rozwiać, czyli ceny i dostępność markowych ciuchów na miejscu. Nie od dziś wiadomo, że wielkie korporacje przenoszą do Azji wschodniej swoje fabryki, bo tak jest znacznie taniej (a poza tym 30-osobowe grupy spoconych Azjatów można trzymać w pokoikach o wymiarach 3×3 metry – większa szansa, że ktoś zginie w zabawny sposób). Nieprawdą jest natomiast, że z owych fabryk wypływa szeroka struga ciuchów, która zasila następnie czarny rynek. Owszem, jest trochę fatałaszków drugiego sortu – z drobnymi wadami, w dziwnych rozmiarach (np. szytych na ślimaka) czy robionych przez zakłady na czarno, na podstawie projektu zleceniodawcy, ale już z gorszych materiałów. Niemniej, trudno powiedzieć, żeby Kambodża (i jej stolica) była pod tym względem lepsza od Chin. In fact, trudno nam było na tamtejszych bazarach znaleźć coś, co byłoby fajne, a przy tym na nas pasowało. Z kolei, jeśli ciuch spełniał te dwa wymagania, to był po prostu droższy, choć tu oczywiście biorę pod uwagę ceny miejscowe. Każdy backpacker zna jednak zjawisko, które po kilku tygodniach w Azji każe mu traktować 5 dolarów jak prawdziwy majątek – perspektywa wydania takiej sumy na koszulkę nie jest wcale tak kusząca, jak mogłoby się wydawać, kiedy za tę samą cenę można spędzić noc w naprawdę przyjemnym guest-housie, czy zjeść dwa kurewsko wielkie obiady. Inaczej sprawa ma się na przykład z filmami na DVD czy innymi tego typu bzdurami, ale tu radzę wziąć poprawkę na to, że nawet ichnie oryginalne wydania full-wypas wyglądają tak, jak w Polsce pirat wypalony w domu przez średnio uzdolnionego artystycznie 13-latka.

Phnom Penh

Wierzcie lub nie, ale Ci wszyscy ludzie grają w badmintona

Z tego względu, jeśli nie przyjeżdżamy do Phnom Penh z nastawieniem typowo zakupowym (a zakładam, że nikt nie jeździ do stolicy Kambodży na glamour shopping), to miasto ma nam wiele do zaoferowania. Mieliśmy się o tym przekonać już wkrótce.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Kambodży lub o Wyprawie z 2008 roku i polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Skomentuj czy coś:

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.