Gracanica czy Visoki Decani?

Kosowo jest domem czterech zabytków, zgromadzonych na liście UNESCO pod nazwą Średniowiecznych zabytków Kosowa, mających status średniowiecznych zabytków w niebezpieczeństwie. To bardzo dużo zabytków w jednym zdaniu, ale bezpośrednią implikacją wzmiankowanego faktu jest to, że każdy z nich jest mniej lub bardziej chroniony przez siły KFOR (czyli Kosovo Force). I tak naprawdę dla mnie osobiście, to właśnie ta sytuacja była bardziej interesująca niż same zagrożone budowle.

Nie byliśmy w stanie w ciągu jednego dnia odwiedzić każdego z nich, więc wybraliśmy dwa: monaster w Gracanicy oraz monaster Visoki Decani. Jak się okazało, trzeba było wybrać tylko ten drugi, ale nie uprzedzajmy faktów.

Klasztor w Gracanicy nie jest chroniony szczególnie mocno – być może dlatego, że Gracanica wyraźnie znajduje się pod wpływem prawosławnej, „bardziej” serbskiej części Kosowa. Już wcześniej zauważyliśmy, że o przeważającej w okolicy ludności świadczą wywieszone w miejscowościach flagi –  w Gracanicy były to właśnie flagi serbskie. Dopełniając to spostrzeżenie napiszę, że jednym z głównych zadań KFOR jest strzeżenie chrześcijańskich zabytków przez Albańczykami (i innymi muzułmanami), którzy miewają głupie pomysły (w typie tych, które obecnie możemy obserwować u matołów z ISIS). Warto więc od czasu do czasu rzucić okiem, czy nasz ulubiony XIV-wieczny klasztor nie zniknął przez noc w malowniczej eksplozji.

Monaster Gracanica to „organiczne połączenie dwóch cerkwi krzyżowo-kopułowych”. Nie mam pojęcia co to znaczy, ale wynik tego połączenia nie urywa dupy w jakiś szczególny sposób. Serce klasztoru to jedyny oryginalny budynek, który zachował się do naszych czasów. Jej wnętrze upstrzone jest całą masą XIV-wiecznych fresków, które być może wyglądają, jakby namalował je nasz niepełnosprawny umysłowo 4-letni bratanek, ale są – no cóż – niezwykle wręcz zabytkowe. Poza tą ogólną zabytkowością klasztor nie zrobił na nas dużego wrażenia, zwłaszcza że od samej bramy mierzeni byliśmy podejrzliwymi spojrzeniami przez dwie podstarzałe matrony, które chyba sarkały nieco na nasze przykrótkie spodnie. Dostaliśmy za to naszą porcję KFORu. Tak się złożyło, że w Cerkwi akurat miało miejsce szkolenie dla żołnierzy tej formacji, którzy dowiadywali się, co właściwie będą chronić. Takie podejście do sprawy bardzo nam się spodobało.

Visoki Decani - posterunek KFOR

Widok na posterunek KFOR od strony wjazdowej

Po wyjściu z klasztoru z niepokojem stwierdziliśmy, że możemy nie wyrobić się z drugim punktem naszej wyprawy, to jest z Visokim Decani. Po pewnym czasie wątpliwości na ten temat przerodziły się w pewność, więc – pogodzeni z nieuniknionym – zdjęliśmy nogę z gazu, w wyniku czego na miejsce dojechaliśmy 10 minut po zamknięciu obiektu.

Visoki Decani, pomimo tego, że pozornie położony jest na zadupiu, jest przez KFOR chroniony w znacznym stopniu. Przed klasztorem natkniecie się na porządny posterunek upstrzony betonowymi blokadami i dwiema wieżami strażniczymi, a tuż przy monasterze jest jeszcze jedno stanowisko, obsadzone przez trzech czy czterech żołnierzy. Żołnierze zresztą, wespół z miejscową panią przewodnik, okazali się na tyle uprzejmi, że pozwolili nam zerknąć na teren klasztoru pomimo tego, że właściwie był już zamknięty. Tu właśnie doszliśmy do wniosku, że trzeba było olać Gracanicę – Visoki Decani nie dość, że położony jest w znacznie bardziej malowniczej lokalizacji, to jest po prostu ładniejszy. Centralna budowla, czyli cerkiew Chrystusa Pantokratora, zbudowana jest z bloków niezwykle jasnego marmuru, a zastosowane przy budowie zasady architektury romańskiej (taki jestem mądry) wpłynęły na jej znaczny rozmiar. Niestety, nie wpuszczono nas do środka kościoła, a jeden z kręcących się po dziedzińcu mnichów dość wyraźnie dał nam do zrozumienia, że mamy się wynosić. Jako jednak, że XIV-wieczne freski nie leżą jakoś szczególnie blisko top 100 moich zainteresowań, to bez większych wyrzutów sumienia zadowoliłem się obejrzeniem klasztoru z zewnątrz, choć dziewczyny trochę narzekały.

Visoki Decani

Klasztor w lipcowym słońcu robi spore wrażenie

Z Vysokiego dość szybko przedostaliśmy się do miasta o dźwięcznej nazwie Peć (czy też – bardziej po albańsku – Peja, jak Rychu). Tam znów poszliśmy na krótki spacer i szybko przekonaliśmy się, że w tym rejonie pierwsze skrzypce grają Turcy. Pamiętając z lekcji historii, że Turcy nigdy jakoś szczególnie nie mieli z nami kosy, po spacerze usiedliśmy w jednym z licznych kebabów i zamówiliśmy sobie coś do jedzenia. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Obsługujący nas facet miał za sobą odwiedziny w Krakowie, więc z entuzjazmem godnym lepszej sprawy doradził nam w sprawie tego, co zamówić, a także jak zamówione potrawy spożywać. Nażarliśmy się za grosze, podziękowaliśmy, ukradliśmy serwetki z sąsiedniego stolika, po czym znów ruszyliśmy w drogą.

Peć (Peja)

W Peczu najładniejsze są okalające go góry

D. bardzo zależało na tym, by broń boże nie nocować w Kosowie, a my częściowo podzielaliśmy jego obawy o samochód. Z tego względu depnęliśmy w pedał i tuż po zmierzchu dojechaliśmy do granicy z Czarnogórą. Nastąpiła nagła zmiana krajobrazu – zakurzone równiny ustąpiły miejsca graniom i pagórkom, a nasz wysłużony Seat odetchnął z ulgą. Po krótkiej jeździe dojechaliśmy do Rozaje, gdzie rozbiliśmy obóz w przydrożnym, pamiętającym lepsze czasy motelu. Wydawało nam się, że najbardziej stresogenna część naszej trasy była już za nami. Nic bardziej mylnego.

REKLAMA:

komentarze 4

  1. zniesmaczony 25 września 2015
  2. Katarzyna 6 października 2016
    • Brewa 8 października 2016

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0