Ten zaje*isty Mostar

Zajebistość Mostaru objawiła się już na samym początku, kiedy szukaliśmy noclegu. W nieco oddalonym od centrum hoteliku znaleźliśmy całkiem przyjemne pokoje, za które zapłaciliśmy zaledwie po 10 Euro od osoby. Nie dane nam jednak było spędzić w nich więcej czasu, niż absolutne minimum – wyraźnie słyszeliśmy już bowiem zew tego wyjątkowego miasta.

Mostar

Stary Most w pełnej okazałości

Położony nad rzeką Neretwą Mostar większość swojej zasłużonej sławy zawdzięcza – no cóż – mostowi, który w oryginalny sposób spina brzegi wspomnianej rzeki. Jeśli wierzyć kronikom, Stary Most – wtedy jeszcze młody i drewniany – pełnił swoją funkcję już od czasów średniowiecznych, a w 1566 roku awansował na most kamienny. Jednocześnie sama miejscowość szybko zyskała rangę tureckiego centrum administracyjno-handlowego. Pomimo szarpiących obszarem wojen miasto rozwijało się i było istnym siedliskiem kultury – podczas panowania Austro-Węgier na miejscu aż roiło się od przeróżnych literatów i uczonych, którzy zapewne dzielili swój czas pomiędzy pracę i radosne, leniwe odbijanie się od ścian malowniczych budynków skupionych w historycznym centrum. Przez długi czas miejscowość była przykładem na to, że przedstawiciele różnych kultur mogą żyć obok siebie w pokoju – moim zdaniem miał na to wpływ niewątpliwy czar miasteczka i to, że na miejscu naprawdę trudno wkurwić się na cokolwiek. XX wiek przyniósł jednak ze sobą ciężką rozróbę – w 1992 roku coś pękło i miasto stało się polem walki pomiędzy Bośniakami i Chorwatami przeciwko Serbom, a następnie pomiędzy Bośniakami i Chorwatami. Gdyby szaleństwo potrwało dłużej, zapewne Bośniacy zaczęliby wreszcie walczyć sami ze sobą. W 1993 roku konkretny szlag trafił Stary Most (zawiniły chorwackie czołgi). Wszystkim zrobiło się przykro, więc po zakończeniu wojny rozpoczęła się jego szczegółowa odbudowa, zwieńczona hucznym ponownym otwarciem w 2004 roku. Od tego czasu most stoi na miejscu, podobnie jak inne odbudowane budynki, włączając w to mikry Nowy Most, znajdujący się nieopodal starszego brata.

Mostar jest stworzony po to, żeby robić wrażenie. W jego wąziutkich, napakowanych sklepami z pamiątkami uliczkach można zgubić się na cały dzień, a malowniczość otoczenia sprawia, że człowiek nie ma ochoty nawet na chwilę chować się po budynkach, nawet pomimo tego, że w mieście funkcjonuje choćby Muzeum Hercegowiny (które oczywiście olaliśmy) oraz kilka historycznych meczetów (do których i tak można wchodzić tylko w ograniczonym zakresie). Dodatkową atrakcją są wyśmienite wręcz knajpy, z których na szczególną uwagę zasługuje położona niedaleko Nowego Mostu Hindin Han.

Mostar

Hindin Han z zewnątrz też robi dobre wrażenie

Restauracja ta, wspomniana chyba w każdym przewodniku po regionie, który wpadł nam w ręce, za grosze można nażreć się do rozpuku lokalnymi specjałami, w tym między innymi faszerowanymi kalmarami, standardowym miksem mięs czy domowym winem, którego litrowa karafka kosztuje na miejscu (w przeliczeniu) 30 zł. W lokalu spędziliśmy sporą część reszty naszego dnia na miejscu, delektując się nie tylko wyśmienitym jedzeniem, ale także zmrokiem powoli zapadającym nad tym fenomenalnym miejscem.

A potem było już tylko lepiej.

Warto bowiem zaznaczyć, że w Mostarze znajduje się jeszcze jedno miejsce, które – dla odmiany – warto odwiedzić w późniejszych godzinach wieczornych. Mowa o klubie Ali-Baba, który stał się dla nas jedną z głównych miejscowych atrakcji.

Po namierzeniu Ali-Baby wróciliśmy na chwilę do hotelu, by w pokojowej ciszy przygotować się do wyjścia na gruncie alkoholowym – zakładaliśmy, że drinki na imprezie mogą zbytnio wydrylować nam kieszeń. Kiedy wreszcie chwiejnym krokiem wkroczyliśmy w podwoje tej niestandardowej imprezowni, zostaliśmy zaskoczeni nie tylko jej rozmiarami, ale także lokalizacją. Klub Ali-Baba znajduje się bowiem w niebylejakich rozmiarów jaskini, wypełnionej po brzegi mniejszymi pomieszczeniami pełnymi miejsc do tańca, stania, siedzenia, a czasem nawet leżenia w kałuży wymiotów. Co ciekawe, korytarz biegnący pod wzgórzem, z którego sufitu kapie na gości woda, prowadzi na drugą stronę miasteczka, gdzie zlokalizowane jest drugie, dość niepozorne wejście do przybytku (gdybyśmy zobaczyli go z tej strony, na pewno nie bylibyśmy zainteresowani wnętrzem). Parkiet w lokalu zajmuje największą z jaskiń, a jego akustyka sprawia, że basy płynące z głośników odbijają śledzionę i wypychają ją przez odbyt w małych kawałeczkach. Do tego dochodzi solidnie zaopatrzony bar, bliskość bankomatów (która niestety okazała się nieodzowna) oraz dobry dobór muzyki, na którą u nas składały się taneczne remiksy popowych hitów oraz – co odnotowałem z zadowoleniem – kilka kawałków dubstepowych. To wszystko sprawiło, że na miejscu spędziliśmy dość szaloną noc, podczas której spożyliśmy nieco więcej alkoholu, niż przewidywał to nasz budżet (chociaż damska część naszej ekspedycji dostała – i niefrasobliwie zbiła – parę browarów za free) i wytańczyliśmy się do upadłego. Kiedy wreszcie zabrakło nam sił, jakoś dowlekliśmy się do hotelu. Zegar wskazywał 2:30, ale z tego zdaliśmy sobie sprawę dopiero przed 10:00 następnego dnia, kiedy ocknęliśmy się w łóżkach i sprawdziliśmy nasz tracker GPS.

Mostar

Impreza zaczyna się tutaj dość wcześnie

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0