Nie błagaj o Blagaj

Następny dzień nie zaczął się dla nas najlepiej. Czując na karku oddech check-outu byliśmy zmuszeni wstać o 10:00, przygnieceni przez kaca i perspektywę wyjazdu z Mostaru, w którym wszyscy się zakochaliśmy. Zanim jednak opuściliśmy miasto, przespacerowaliśmy się jeszcze po nim na trzeźwo celem nie tylko sprawdzenia ostatnich ciekawszych zakątków, w których nie byliśmy, ale także zakupienia pamiątek. Jeśli chodzi o tę czynność, to w Bośni – może poza Sarajewem – nie ma chyba lepszego punktu na mapie. W setkach sklepów można znaleźć wcale ładne magnesy na lodówkę, otwieracze do piwa zrobione z łusek ciężkich karabinów maszynowych, czy bagnety do AK-47, z których jeden zakupiłem sobie w stargowanej cenie 25 Euro. Procedura wyboru nożyska była dość długa, bo chciałem jednocześnie taki, który wyglądałby na używany, a jednocześnie nie byłby tępy jak mój fizyk z podstawówki (z tego miejsca pozdrawiam – nie nauczył mnie Pan kompletnie niczego). Po zakupach i śniadaniu w Hindin Han (a jakże), westchnęliśmy melancholijnie i zapakowaliśmy się spracowanego Seata i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Plan był bardzo prosty – mieliśmy dojechać do Sarajewa w późnych godzinach wieczornych, a po drodze obskoczyć fotogeniczny Blagaj oraz inną, mniej znaną atrakcję, którą był schron przeciwatomowy Josipa Brosa Tito w Konjicach. Jak zwykle, życie zweryfikowało nasze plany – i tym razem nie na korzyść.

Do Blagaj(u?) dojechaliśmy bez komplikacji, po drodze chłonąc oczywiście piękne krajobrazy, które z powodzeniem mogą konkurować z tym, co człowiek mija po drodze w Czarnogórze. Z racji – znowu – na napięty harmonogram, w miejscowości mieliśmy odwiedzić przede wszystkim jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w Bośni i Hercegowinie, czyli Klasztor Derwiszów. Położona u źródeł rzeki Buny (zasilającej ostatecznie Neretwę) tekija, to niezwykle malowniczy przykład lokalnej architektury, który powstał w XVI wieku w kształcie, którego dokładnie nie znamy. Kilkukrotnie naprawiany i modernizowany, przetrwał do naszych czasów i stał się jednym z symboli Bośni i Hercegowiny. Symboli, dodam to nieśmiało, delikatnie przereklamowanych.

Blagaj był swego czasu miejscem odosobnienia dla przedstawicieli dość mistycznego nurtu Islamu, zwanego Sufizmem. Jego wyznawcy starali się osiągnąć jedność z Absolutem (nie, nie tym szwedzkim), głównie przez wzmożoną modlitwę, recytację formuł religijnych i takie tam inne. Żeby nikt nie przeszkadzał im w tym zbożnym i jakże użytecznym dziele, Sufici (lub też Derwisze czy Fakirowie) zaszywali się na różnych zadupiach, szukając przede wszystkim ciszy. Być może w XVI wieku Blagaj faktycznie był odpowiednim miejscem, dziś jednak trudno powiedzieć, by okolica tekiji była oazą spokoju. W bezpośredniej okolicy budowli funkcjonuje pierdylion restauracji, a także coś, co chyba jest hodowlą ryb (nie dopytaliśmy, ale odpowiednio śmierdziało). Ponadto przez klasztor przewalają się hordy turystów, co jest o tyle zabawne, że tekija wciąż częściowo pełni swoją pierwotną funkcję – islamscy alumni nadal mogą tu przyjechać i zamieszkać na jakiś czas, aby pomedytować czy spełniać inne, nakazane im przez religię nakazy. Sam klasztor rzeczywiście jest wyjątkowo fotogeniczny, podobnie jak wyrastające za nim skały i położone w bezpośrednim sąsiedztwie źródło, z którego wodę można pić bez obawy o to, że człowiek dostanie ciężkiej sraczki. Niemniej, poza możliwością zrobienia fajnych zdjęć, miejsce nie oferuje nic specjalnego, chyba że za specjalną uznamy możliwość chlapnięcia sobie stosunkowo drogiego piwka nad brzegiem huczącej rzeki.

Z tego względu nie widzę powodu, by ktoś miał w okolicach tekiji spędzać więcej niż 1,5-2 godziny czasu. Wizytę można przedłużyć zahaczając o samą wioskę z jej zabytkowymi uliczkami czy sypiący się fort. My jednak zrezygnowaliśmy z przedłużonego spaceru, zdecydowani zobaczyć kawałek nieco nowszej historii, czekający na nas w Konjicach.

I tu niestety czekał nas spory zawód. Schron przeciwatomowy w Konjicach, zbudowany w latach 1953 a 1979 przez jugosławiańską armię, okazał się bowiem zamknięty, jak poinformował nas losowo spytany kelner, którego znajomy – ot, przypadek – pracował tam dorywczo. Przyczyna zamknięcia była bardzo prozaiczna: po prostu nie wyrobiliśmy się czasowo. Warto bowiem wiedzieć, że w budowli działa muzeum sztuki współczesnej, funkcjonujące dokładnie tak, jak wiele innych muzeów, czyli w pokręconych dniach i godzinach (w roku 2015 są to poniedziałki, środy, piątki i soboty, a do środka – o ile dobrze się orientuję – wchodzi się z przewodnikiem o konkretnych porach).

Rozczarowani nie na żarty byliśmy zmuszeni ruszyć dalej, a jedynym pocieszeniem był dla nas fakt, że będziemy wcześniej w Sarajewie. Tak też się stało i w stolicy Bośni i Hercegowiny wylądowaliśmy jeszcze za dnia, bo przed godziną 18:00.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0