Jedzenie (dla turystów) w Korei Północnej

Droga z lotniska do samej stolicy Korei Północnej nie zabiera dużo czasu – to zaledwie parę kilometrów po drogach, na których nie uświadczycie zbyt wielu samochodów. O zagadnieniu ruchu ulicznego w Pjongjangu opowiem jednak nieco później, bo jest to znacznie szerszy temat.

Koło 17:30 byliśmy już w ambasadzie RP w Pjongjangu, gdzie mieliśmy spędzać nasze noce. Zdaję sobie sprawę, że temat naszej ambasady w KRLD jest bardzo ciekawy, ale bądź co bądź to jednak ambasada, a co za tym idzie – podmiot prawa międzynarodowego o dużym znaczeniu, którego działanie nie powinno być omawiane na blogu podróżniczym. Z tego względu odkładam ten temat i zaznaczę tylko z całą mocą, że nocleg „z ulicy” na miejscu nie jest możliwy, także nawet nie myślcie o tym, żeby tam dzwonić i pytać o najnowsze opcje all-inclusive.

Tak czy owak, z sukcesem dostaliśmy się do stolicy jednego z najbardziej tajemniczych krajów świata, a tym czasem nasze myśli zajmowała zupełnie inna, a do tego bardzo prozaiczna kwestia. Mianowicie – byliśmy cholernie głodni. I tu wreszcie przechodzimy do meritum dzisiejszej notki.

Temat jedzenia w Korei Północnej jest bardziej skomplikowany niż mogłoby się wydawać. Z jednej strony cały świat wie, jak ciężka jest sytuacja żywieniowa na miejscu. Rolnictwo KRLD jest – delikatnie mówiąc – średnio wydajne, a pomoc z zewnątrz odnośnie tej konkretnej kwestii trafia w dużej mierze do wojska, czyli tutejszego odbiorcy priorytetowego. Nie pomaga również susza, która od kilku lat skutecznie dobija państwowe gospodarstwa rolne, tym samym niemal stale zmniejszając miesięczną porcję ryżu (czyli swoistego żywnościowego wyznacznika w Azji) przysługującą obywatelom Korei Północnej. Przypomnę również, że większość podstawowych artykułów w tym kraju jest dystrybuowana w trybie reglamentacji (a więc w systemie kartkowym), co mocno ogranicza ich dostępność. Tym samym zwykli mieszkańcy Korei Północnej zazwyczaj nie dojadają, co przekłada się bezpośrednio na ich zdrowie czy choćby wzrost (którego średnia jest sporo niższa niż w Korei Południowej) – w tym wypadku rzecz jasna najgorzej „obrywa się” dzieciom.

Jest też oczywiście druga strona, obejmująca nie tylko krajową elitę rządzącą, ale również obywateli obcych krajów mieszkających na miejscu czy właśnie turystów. Te grupy mają dość swobodny dostęp nie tylko do dobrze zaopatrzonych sklepów (o których – tak, wiem: znowu to samo – opowiem oddzielnie), ale również do restauracji serwujących porcje nieodbiegające wielkością czy składem od tego, co można zjeść w dowolnym podobnym miejscu w Azji czy Europie. Takich knajp nie ma w KRLD zbyt wiele i znajdują się one przede wszystkim w stolicy, gdzie skoncentrowana jest siła nabywcza północnokoreańskiego społeczeństwa oraz turystów. Mało tego, część z nich – a przede wszystkim te, które nie znajdują się w dzielnicy dyplomatycznej lub w hotelach – jest dość dobrze ukryta (na przykład na piętrach nieoznaczonych budynków) i trzeba po prostu wiedzieć o ich istnieniu, by do nich trafić. To samo zresztą dotyczy tych „lepszych” sklepów.

Większość wzmiankowanych restauracji serwuje przede wszystkim jedzenie koreańskie. Rozmawiając z kilkoma osobami kilkukrotnie udało mi się usłyszeć stwierdzenia, że restauracyjna kuchnia północnokoreańska jest lepsza niż kuchnia Korei Południowej. Miałoby tak być między innymi z uwagi na czystość i (co dość paradoksalne) ekologiczność składników, a także ze względu na to, że posiłki w KRLD są znacznie częściej przygotowywane metodą tradycyjną, z minimalnym udziałem procesów automatycznych. W tej konkretnej kwestii trudno mi się wypowiedzieć, bowiem nie dane mi było (jeszcze) jeść w Korei Południowej. Zweryfikuję jak ją odwiedzę.

Jeśli chodzi o jedzenie „niekoreańskie”, to Pjongjang dysponuje również lokalami serwującymi coś, co mniej lub bardziej zbliżone jest do tzw. western food. Do niedawna (podobno) całkiem niezłą pizzę można było zjeść w „Pueblo”, czyli pizzerii zlokalizowanej przy starym miejscu cumowania zdobycznego U.S.S. Pueblo (o którym, a jakże, napiszę więcej za jakiś czas); stolica dysponuje również hamburgerownią i paroma lokalami, w których można zjeść choćby frytki. Haburgery są zresztą dość ciekawym zagadnieniem, bo według jednej z nieco nowszych koreańskich „legend” (datowanej na rok 2004) tę popularną kanapkę wymyślił nie kto inny, jak Kim Dzong Il. Większość knajp serwujących „zachodnie” jedzenie można znaleźć jednak przede wszystkim w okolicach dzielnicy dyplomatycznej. W jednej z nich, popularnym Friendshipie, można nawet zamówić takie perełki jak bigos, placki ziemniaczane, pierogi czy kilka innych, popularnych dań z kuchni narodowych państw posiadających placówkę dyplomatyczną na terenie KRLD.

Restauracja Friendship - pizza

Ta pizza może nie wyglądała imponująco, ale była jak najbardziej zjadliwa

Co do cen, to nie jest przesadnie drogo, ale nie ma co liczyć na ceny typowo „azjatyckie”. Wspomniane wyżej lokale przeznaczone są w dużej mierze dla obcokrajowców, więc i poziom cen orbituje w okolicy tego, z którym mamy do czynienia w Europie. Można śmiało powiedzieć, że w Pjongjangu spokojnie przekąsimy coś za 5 Euro, a większy posiłek nie będzie nas kosztować więcej niż 10 jednostek tej waluty.

Będąc w Korei Północnej chcieliśmy spróbować przede wszystkim dań kuchni regionalnej, a pierwsza okazja nadarzyła się już wieczorem tuż po naszym przylocie. W ramach jego świętowania udaliśmy się z naszymi gospodarzami do restauracji Arirang, znanej jako jedna z lepszych miejscowych knajp.

Restauracja Arirang - sztuczne jedzenie

W Arirang można przy samym wejściu obejrzeć “na żywo” zawartość menu

(Północno)koreańskie potrawy

Kimchi – kimchi to koreański klasyk, którego zazwyczaj próbuje się na samym początku pobytu w którejkolwiek Korei. Jest to nic innego jak kiszona w specyficzny sposób i pokryta specjalną pastą kapusta pekińska. Pasta wsmarowana w liście to przede wszystkim przecier z ostrej papryczki chilli, doprawiony różnorodnymi przyprawami i warzywami. Tradycyjny sposób przygotowywania kimchi to zakopywanie jej w dużych glinianych naczyniach w ziemi, tak by nad nią wystawało tylko wieko. Dzięki temu kapusta kisi się we względnym chłodzie, a jednocześnie można żywić się nią przez cały czas. Jest kilka sposobów serwowania kimchi, ale naszym zdaniem najlepszy widzieliśmy właśnie w Arirang, gdzie podano nam kapustę pociętą chyba tuż przed zaserwowaniem. Najmniej przypadła nam do gustu zimna zupa z mocno rozcieńczoną pastą, znana między innymi z europejskich restauracji serwujących kuchnię koreańską. Kimchi nie przypadnie do gustu każdemu, bo to zasadniczo ostra, zepsuta kapusta. Jeśli jednak ktoś jest fanem kapusty kiszonej, to nie powinien mieć problemu z wciągnięciem tej przekąski.

Kimchi

Kimchi w tej formie łatwo pomylić z martwą ośmiornicą

Bulgogi/galbi (nazwa w zależności od użytego mięsa) – to druga tradycyjna przystawka, chociaż w Europie można by potraktować ją jak normalne danie obiadowe. Jest to nic innego jak marynowane w specjalnej zalewie mięso (najpopularniejsza jest wołowina, chociaż może być to również kurczak, kaczka czy nawet kalmary), które następnie jest grillowane. My każdorazowo przypiekaliśmy je samodzielnie na specjalnych, gazowych grillach zamontowanych na środku stołu. Tak przygotowane mięso zawija się następnie, wraz z wybranymi warzywami, w liść sałaty i pakuje do gęby. Moim zdaniem była to najsmaczniejsza rzecz, jaką zjadłem w Korei Północnej.

Bulgogi w KRLD

Self-cooking w wydaniu KRLD

Bibimbap – to charakterystyczne danie to równe porcje ryżu, warzyw i mięsa (najczęściej surowej wołowiny) podane w gorącym garnku z jajkiem wbitym na wierzchu. Całość samodzielnie mieszamy, a gorące naczynia sprawia, że mięso smaży się samoistnie. Jedno z popularnych dań głównych na miejscu.

Glass noodles – „szklane” kluski podawane są w Korei Północnej na zimno i są bardzo lubiane przez lokalną ludność (ich zimna forma podania sprawiła, że sami ich nie jedliśmy, ale towarzyszący nam Koreańczycy pałaszowali je z dużą satysfakcją). Kluski zanurzone są w ciemnym, grzybowym wywarze i jak na mój gust wyglądają dość mało apetycznie.

Prócz powyższych rzeczy w menu północnokoreańskich restauracji „dla turystów” znajdują się jeszcze inne specjały, takie jak ssalbap (ryż gotowany na parze), owsianka juk oraz różne rodzaje zup, sałatek czy placków (omlety z zapiekanymi warzywami są również popularne). Tych rzeczy jednak nie mieliśmy okazji spróbować lub próbowaliśmy tylko ich niewielkich porcji, dlatego wspominam o nich dla formalności.

Warto też zaznaczyć, że przy ważniejszych okazjach (czy w lepszych lokalach) jedzenie serwuje się również w specyficznej formie, a konkretnie: w pierdylionie maleńkich miseczek (ich ilość zależy od ważności gościa) zawierających niewielkie, zimne porcje każdej potrawy. Na początku wydaje się, że jest tego niewiele, ale po zjedzeniu połowy człowiek zaczyna żałować, że nie wykształcił sobie drugiego żołądka. Co ciekawe, potrawy porozstawiane są dość losowo, więc nigdy tak naprawdę nie wiemy (a przynajmniej jedząc w ten sposób po raz pierwszy), która z serwowanych potraw jest ostra, która słona, a która słodka.

Kaesong - potrawy w małych miseczkach

Na stoliku widać motyw żeń-szenia, czyli tutejszego leku na wszystko

Do picia rzecz jasna mamy herbatę, a amatorzy napojów wyskokowych mogą bez krępacji wypić sobie jedno z północnokoreańskich piw czy kieliszek soju – stosunkowo mocnej wódki ryżowej. O tych dwóch ostatnich napiszę – niespodzianka – w oddzielnej notce.

A na koniec – zobaczcie wszystko to, o czym pisałem wyżej nieco bardziej “na żywo”:


Podobał Ci się ten wpis? Poczytaj inne notki o Korei Północnej! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarze 2

  1. Marcin Pyszkowski 4 sierpnia 2017
    • Brewa 4 sierpnia 2017

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0