Pjongjang bez nadzoru: atrakcje turystyczne, cz. 1

Po tym, jak trochę pokręciliśmy się po mieszkalnej części dzielnicy Taedonggang, niemal naturalnie trafiliśmy wreszcie pod pierwszy z wielu imponujących monumentów, którymi może poszczycić się stolica Korei Północnej. Był nim Pomnik Powstania Partii (Monument to Party Founding).

Pomniki w Korei Północnej to temat, na który można by napisać opasłą pracę magisterską. Jako jedno z czołowych narzędzi rządowej propagandy, stawianie wszelkiego typu monumentów dedykowanych ustrojowi jest w KRLD praktykowane bardzo często i przy licznych okazjach, choćby miałaby to być zaledwie tablica pamiątkowa wskazująca, że tego i tego dnia Wielki Wódz pojawił się na miejscu. Prócz tego typu „doraźnych” monumentów, w tym dziwnym kraju (i właściwie tylko w Pjongjangu) znajduje się kilka pomników o fundamentalnym znaczeniu dla ustroju, a Pomnik Powstania Partii można luźno określić jako członka ścisłego TOP 3.

Konstrukcja ta została pobudowana z okazji pięćdziesięciolecia utworzenia Robotniczej Partii Korei (czyli w 1995 roku) i zarówno ona, jak i cała okolica, są przesycone ustrojową symboliką. Sam pomnik ma 50 metrów wysokości (aby zaakcentować okazję), a na jego główną część składają się trzy wielkie, zaciśnięte pięści, dzierżące symbole ustroju Korei Północnej – sierp, młot oraz… pędzel. O symbolice tej wspominałem już wcześniej, więc tu tylko przypomnę, że – prócz znanych nam doskonale znaczeń sierpa i młota – dużą wagę ma właśnie idea stojąca za pędzlem, czyli obecność ogólnie pojętej „inteligencji”. Takie postawienie spraw daje mocną legitymację do rządzenia ludziom, którzy z młotem mają niewiele wspólnego, a prawdziwy sierp widzieli tylko w muzeum rolnictwa.

Poza samą granitową konstrukcją nie bez znaczenia jest także miejsce, w którym się ona znajduje. Dokładnie naprzeciwko niej, pod drugiej stronie rzeki Taedong, można z łatwością dojrzeć kolejny monument ze ścisłego propagandowego TOP 3. Jest nim pomnik wodzów na wzgórzu Mansu, stojący na tle Muzeum Rewolucji, a w dalszej perspektywie – także hotelu Ryugyong. Jeśli z kolei spojrzelibyśmy na Monument Utworzenia Partii od strony rzeki, to szybko dostrzeglibyśmy, że nawet dwa oskrzydlające go budynki mieszkaniowe zostały zbudowane w taki sposób, by podkreślić znaczenie pomnika. Nie tylko tworzą one coś na kształt rozbiegającej się od niego fali, ale także podkreślają znaczenie miejsca eksponując na dachach napis „zawsze zwycięzcy”. Wizerunku budowli dopełniają zdobiące ją, brązowe reliefy, obrazujące najważniejsze cele Partii i ich znaczenie dla obywateli KRLD.

Pjongjang - widok na Mansudae

A spod Pomnika też widać co-nieco

Po obejrzeniu tego granitowego kolosa, podreptaliśmy sobie żwawo z powrotem w kierunku wybrzeża rzeki, by po stosunkowo krótkim, ale i tak dłuższym niż się spodziewaliśmy spacerze, dojść do pomnika, który we wzmiankowanym wcześniej rankingu TOP 3 trzyma mocno pozycję lidera. Chodzi, rzecz jasna, o Wieżę Idei Dżucze.

Wieża ta, zwana także Płomieniem Idei Dżucze, to druga najwyższa na świecie budowla tego typu (jeśli za „typ” przyjmiemy wysokie kolumny z tarasem widokowym na szczycie). Mająca 170 m kolumna z podświetlanym płomieniem na szczycie otoczona jest przez trzy dodatkowe pomniki symbolizujące naczelne siły ustroju KRLD (te od sierpów i pędzli); oraz dziesięć kolejnych, mniejszych – symbolizujących idee składowe doktryny Dżucze (o systemie tym możecie poczytać tutaj). W tym przypadku również nie dało się uniknąć rozczulającego symbolizmu. Kolumna zbudowana jest bowiem z 25 550 granitowych bloków, z których każdy oznacza jeden dzień z życia Kim Ir Sena – w sumie 70 lat nie licząc dni przestępnych (cholera wie, czemu). O jej ogromnym znaczeniu dla podtrzymywania ducha zjednoczonego narodu świadczy choćby fakt, że Wieża Dżucze jest priorytetem numer jeden na mapie sieciowej Pjongjangu i choćby w całym mieście nie było prądu, to płomień na jej szczycie i tak będzie płonąć – zapewne dzięki mocarnym generatorom prądotwórczym zgromadzonym gdzieś w piwnicy. Wspomnę też, że Wieża Dżucze stoi na drugiej z reprezentacyjnych osi, ponownie przecinającej rzekę Taedong. Ta jest nieco krótsza, a na jej drugim końcu znajduje się Plac Kim Ir Sena.

Wieża Dżucze ma też jeden zasadniczy plus – można na nią wjechać.

Pjongjang - Wieża Dżucze

Kawał konkretnej kolumny

Przygoda z wjazdem zaczyna się od wrót frontowych. Swoją drogą, to właśnie pod nimi zorientowaliśmy się ostatecznie, że zarówno pod Wieżą, jak i pod Pomnikiem Partii nie było żywego ducha – miejscowi zapewne siedzieli w pracy (był w końcu środek dnia, a my byliśmy w KRLD), a na grupy turystyczne po prostu się nie natknęliśmy (i całe szczęście). To spostrzeżenie dobitnie uświadomiło nam kolejną różnicę pomiędzy Koreą Północną a innymi krajami na świecie – spróbujcie wyobrazić sobie jakąkolwiek inną stolicę, w której pod najważniejszymi budowlami nie uświadczycie choćby jednej innej osoby. Ale tak – wracamy do wrót.

Abstrahując od faktu, że są duże i imponujące (jak wszystko w Korei Północnej), to tuż obok natkniemy się na ścianę upstrzoną tablicami pamiątkowymi z całego świata, umieszczonymi przez różnorodne, zagraniczne organizacje badające lub wspierające ideę Dżucze. Co oczywiste, natkniemy się na niej także na nieco przerażający, polski akcent. Kiedy już się otrząśniemy, możemy wejść do środka. My, jako dość rzadko występujący okaz turystów bez opiekuna, wprowadziliśmy małą rewolucję w spokojne dotychczas życie załogi Wieży. Trzeba jednak przyznać, że wszyscy dość szybko otrząsnęli się z szoku, w czym niewątpliwie pomógł losowy Amerykanin, bawiący akurat w Wieży, najprawdopodobniej na wycieczce indywidualnej. Przyporządkowana mu pani przewodniczka szybko go „obrobiła”, a następnie przyczepiła się do nas celem oświecenia naszych umysłów ideą Dżucze. Przyjemność ta, połączona z wjazdem na samą wieżę, kosztowała nas około 7 Euro od łebka, a więc stosunkowo niewiele.

Pjongjang - Wieża Dżucze - polska tabliczka

Ach, ten Otwock…

Na górze, w sąsiedztwie Wiecznego Płomienia, można rzecz jasna napstrykać pierdylion zdjęć i obejrzeć sobie Pjongjang z lotu zindoktrynowanego sokoła (swoją drogą – jednego z symbolicznych ptaków KRLD). Do tego w bonusie dochodzi trajkotanie ubranej w tradycyjny koreański strój (nie – nie bikini) przewodniczki, która z zastraszającą prędkością zapozna Was z historią idei Dżucze, samej budowli oraz górnolotnymi przymiotnikami, o których istnieniu nie mieliście pojęcia. To wszystko odbędzie się w łamanym, ale jednak doskonale zrozumiałym języku angielskim.

Nieco krępujące jest natomiast to, co następuje po zjechaniu z Wieży, jako że ten swoisty tour obejmuje również oprowadzenie po wcale nieźle zaopatrzonym sklepiku z pamiątkami, z których większość zostanie Wam dokładnie opisana – włącznie z symboliką, zaznaczeniem jej ważności i ceną w dolarach płatnych gotówką, dziękuję bardzo. My, ku wyraźnemu rozczarowaniu przewodniczki, nabyliśmy zaledwie jedną przypinkę oraz mapę Pjongjangu, a następnie chcieliśmy się zebrać.

Nie było to jednak tak proste, jak mogłoby się wydawać, bowiem nasza nowa koleżanka podrobiła za nami na swoich małych stópkach i jęła dalej opowiadać o Wieży, tym razem już na zewnątrz samego monumentu. Szczęściem, po chwili nieopodal zatrzymał się samochód na niebieskich blachach, z którego pomachał do nas nasz znajomy, akurat wracający od miejscowego fryzjera. Widząc go, szybko przeprosiliśmy nieco zdezorientowaną przewodniczkę, po czym szybko wsiedliśmy do wozu i poprosiliśmy o podwózkę na drugą stronę rzeki, gdzie czekały na nas dalsze punkty naszego spaceru.


Podobał Ci się ten wpis? Poczytaj inne notki o Korei Północnej! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarze 2

  1. D 27 listopada 2015
    • Brewa 27 listopada 2015

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0