Czarne sumy, czyli wymiana waluty w Uzbekistanie

Kiedy lądujecie w nowym kraju, jedną z pierwszych rzeczy jaką robicie na miejscu jest wymiana gotówki. Jasne, można to zrobić już wcześniej – nawet jeszcze przed wyjazdem. Niemniej, niemal każdy kto był tu i ówdzie wie, że najlepszy kurs to kurs krajowy. W przypadku Uzbekistanu to twierdzenie jest tak prawdziwe, jak to tylko możliwe.

Wymiana gotówki w tym kraju może początkowo jawić się jako spore wyzwanie. Kantorów na mieście nie ma, banki nie pracują w weekendy, a żeby wymienić dolary czy euro na sumy, trzeba każdorazowo przedstawić paszport i wypełnić jakieś tam papierzyska… A przynajmniej tak słyszałem, bo my, moi drodzy, od samego początku zeszliśmy na ścieżkę bezprawia!

W Uzbekistanie funkcjonują dwa kursy waluty krajowej. Kurs oficjalny (na wrzesień 2016 roku) to ok. 3300 sum za 1 dolara. Przyjmując, że skorzystacie z oficjalnego przelicznika, jeden standardowy obiad dla dwóch osób będzie kosztował Was około 10 dolarów, wliczając w to dwa małe dania i coś do picia. Dużo? Na pewno mniej niż w Polsce, ale trudno powiedzieć, żeby była to okazja życia. Zwłaszcza, że im bardziej na wschód kraju, tym ceny wyższe.

Na szczęście na pomoc przychodzi… kurs czarnorynkowy. Przelicznik na czarnym rynku w Uzbekistanie to około 6500 sum za dolara, czyli niemal dwa razy więcej niż w przypadku kupna waluty w oficjalnym punkcie rządowym czy banku, a dodatkowo nie musicie do każdej transakcji przystępować z paszportem. Korzystając z tego sposobu uzyskania sum, obniżacie swoje (niemal) wszystkie miejscowe wydatki o 50%. Ergo wspomniany wyżej „standardowy obiad” obciąży budżet dwóch osób kwotą zaledwie 5 dolarów. A to już jest naprawdę mało. Jeszcze lepiej cała sytuacja wygląda w przypadku hoteli i guesthouse’ów – we wschodniej części kraju ceny podane w dolarach przeliczane są po kursie oficjalnym, więc za każdy nocleg płacicie mniej. Gorzej, że za linią Chiwy Uzbecy się wycwanili i dolce w noclegowniach przeliczają już po „czarnym” kursie.

Co by jednak nie mówić, „czarny rynek” brzmi trochę strasznie. Kojarzy się z przemierzaniem wąskich uliczek, idąc krok w krok za podejrzanym typem, co i rusz rozglądającym się na boki i sprawdzającym, czy na pewno podążacie za nim. Dodatkowo w sferze obaw krąży myśl, że ktoś zaraz po prostu walnie Was w ryj i ucieknie z całą Waszą kasą, paszportem, a może nawet dziewictwem analnym. A jak to wygląda w istocie?

W rzeczywistości cała procedura wymiany pieniędzy na uzbeckim czarnym rynku jest dziecinnie prosta i stosunkowo bezpieczna. Jeśli będziecie wjeżdżać do kraju pociągiem (tak jak my), to pierwsze szlify w czarnorynkowym skillu będziecie mieli okazję zdobyć już w nim. Tuż po przekroczeniu granicy po wagonie zaczną kręcić się kobiety (najczęściej) wyposażone w wypchane hajsem siaty i zupełnie otwarcie proponujące wymianę pieniędzy. My, bądąc w temacie kompletnymi prawiczkami, zdecydowaliśmy się na transakcję zupełnie wstępną i obciążoną stosunkowo najmniejszym ryzykiem. Mianowicie, wymieniliśmy na sumy resztkę naszych kazachskich pieniędzy. Nie mając za wiele pojęcia o kursie czarnorynkowym, byliśmy zachwyceni, że za relatywnie niewielką kwotę w tenge dostaliśmy ilość sum, które – według przewodnika – miały pozwolić nam spokojnie przeżyć dzień. Co więcej, współpasażerowie potwierdzili, że babka nas nie przekręciła i dała nam dokładnie tyle pieniędzy, ile dać powinna.

Sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana, kiedy jesteśmy już w Uzbekistanie. Znalezienie miejsca, w którym czają się czarnorynkowi handlarze może być czasem problematyczne, zwłaszcza w bardziej turystycznych miejscowościach. Zazwyczaj jednak wystarczy pójść na jakikolwiek większy bazar i poszukać wzrokiem większego skupiska mężczyzn, wyposażonych w siatki wyładowane kształtami przypominające cegły. Paradoksalnie możecie również kierować się obecnością policji, która – co nie jest specjalnym zaskoczeniem – cały proceder toleruje, za co jest sowicie wynagradzana przez handlarzy. Raz zdarzyło mi się wymieniać pieniądze na bazarze stojąc zaledwie 3 metry od patrzącego na mnie ciekawie stróża prawa. Było to jedno z bardziej osobliwych uzbeckich doświadczeń.

Bazar Churso - Taszkient

Na podobnym bazarze znalezienie cinkciarza zajmie Wam jakieś 10 sekund

„Procedura” , jak już wspomniałem, jest bardzo prosta. Podajemy handlarzowi, jaką kwotę chcemy wymienić (ze względów, o których napiszę niżej, proponuję wymieniać maksymalnie 100 dolców/euro), a następnie czekamy na ofertę. Jeśli ta będzie oscylować w granicach 6300 sum za dolca, zgadzamy się i idziemy za handlarzem, względnie czekamy aż wróci. Teraz zaczyna się najgorsza część, wynikająca nie tyle z „nielegalnego” charakteru transakcji, co z uzbeckiej galopującej inflacji, trapiącej kraj od kilku dobrych lat. W obiegu bowiem spotkamy przede wszystkim banknoty o nominale 1000 sum, a znacznie rzadziej – także banknoty 5000-sumowe. Łatwo wyliczyć, że przy korzystnym kursie daje to odpowiednio 650 albo 130 banknotów za zaledwie 100 dolarów. O ile 130 zielonych papierków jeszcze jako-tako da się upchnąć do kieszeni, to z 650-ma już tego nie zrobicie. Takie cegły, najczęściej podzielone na pakieciki po 100, zajmują naprawdę dużo miejsca i nie zmieszczą się w żadnym standardowym portfelu. Żaden handlarz nie będzie zdziwiony, jeśli prócz wymiany poprosicie go o siatkę na zakupioną walutę. Zresztą, oni sami noszą pieniądze w siatach, po których to najłatwiej namierzyć ich na mieście.

Na co trzeba uważać? Po pierwsze – nie wolno zachowywać się na „Amerykanina” i jak ostatni cwel wypytywać wszystkich o nieoficjalne kantory. Proceder jest co prawda tajemnicą Poliszynela, ale proszenie o wskazówki policjanta może skończyć się w areszcie. Jeśli nie wiecie, jak namierzyć handlarzy, warto jest zapytać w hotelu (bezgwiazdkowe „noclegownie” mają najczęściej zaprzyjaźnionych „dilerów”, którzy wpadną na miejsce – to dobra, stosunkowo najbezpieczniejsza opcja) albo… sprawdzić w przewodniku. Szeroko znana pozycja od Lonely Planet bardzo konkretnie wskazuje miejsca, gdzie można szybko i nie do końca legalnie wymienić pieniądze. Inną kwestią jest to, że podczas wymiany w tej formie trzeba mieć głowę na karku. Przeliczenie 650 banknotów (przy wymianie 100 dolarów – stąd moja wcześniejsza rada) jest może czasochłonne, ale wykonalne. Jeśli całość dostaniecie w banknotach o nominale 5000 sum, to cała sprawa będzie jeszcze łatwiejsza. Kwotę warto przeliczyć przede wszystkim, jeśli dostajecie hajsy w formacie łączonym. Jedną z popularnych form oszukiwania na transakcji jest „wplatanie” banknotów o niższym nominale (albo nawet czystego papieru) pomiędzy te o nominale wyższym. Handlarza-kombinatora poznacie między innymi po tym, że jest głośny i cały czas do Was zagaduje – oczywiście po to, żebyście nie mogli się skupić na liczeniu. Unikajcie dużych grup handlarzy, bo harmider w nich panujący utrudnia sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku. Oczywiście po kilku podobnych transakcjach będziecie mogli na oko określić, czy dany zwitek jest mniej-więcej właściwej grubości. Dopóki jednak tak nie będzie, liczcie te cholerne pieniądze. Nas jeden z dilerów w Nukus chciał ocyganić na niemal 10 dolców.

Ostatnią rzeczą jest zagadnienie wymiany zwrotnej. Można ją omówić czterema słowami: lepiej o niej zapomnijcie. Jeśli wymienicie kasę kanałem oficjalnym, to jest to możliwe, niemniej ponownie wiąże się z odpowiednimi procedurami, a sam kurs sprzedaży sum bardzo mocno rozjeżdża się z kursem kupna. Jeśli natomiast kupicie sumy na czarnym rynku, to nie wymienicie ich zwrotnie ani u handlarzy (nie są zainteresowani takimi transakcjami z turystami) ani w banku (nie będziecie mieli zaświadczenia, że legalnie je kupiliście). Można co prawda kupić jakąś niewielką kwotę w banku, żeby potem mieć możliwość jej wymienienia zwrotnego tuż przed wyjazdem, ale nie sądzę, żeby była to gra warta świeczki. Najprościej mówiąc, lepiej pokminić chwilę wcześniej, ile sum faktycznie planujemy wydać, niż potem bujać się z procedurą kupowania dolarów.

O co w ogóle chodzi?

Jeśli zastanawiacie się, czemu w ogóle ludzie w Uzbekistanie tak szczypią się z walutami zagranicznymi, to już spieszę z wyjaśnieniem. Przez zupełny przypadek przeczytałem je dosłownie na kilka godzin przed wyjazdem z Uzbekistanu, podczas jednego z dłuuugich samochodowych przejazdów, w czasie których przebijałem się przez Shantaram Gregory’ego Davida Robertsa.

Mechanizm jest bardzo prosty. Rząd Uzbekistanu – bądź co bądź Państwa o wciąż autorytarnym ustroju – nie życzy sobie, aby jego obywatele mieli dostęp do dewiz. Taki dostęp to dla władz same problemy i brak możliwości odgórnego kontrolowania wartości pieniądza. Istnieje jednak grupa ludzi, która waluty zagranicznej potrzebuje, choćby do prowadzenia interesów. Ludziom tym nie wystarczy limit narzucony przez Państwo – biznesmeni wyjeżdżający w podróż służbową muszą dysponować odpowiednim budżetem, wielokrotnie przekraczającym sumę dolarów, jaką oficjalnie można wymienić i wywieźć z kraju. Te grubsze ryby nie mają problemu z tym, by za dolara zapłacić więcej niż oficjalne 3200 czy nawet czarnorynkowe 6500 sum. Nie zdziwiłbym się, gdyby cena odsprzedaży dolara na czarnym rynku oscylowała w granicach dwukrotności jego wartości w handlu z turystami.

Tym samym turyści są zadowoleni, bo mają dostęp do taniej waluty; handlarze są zadowoleni, bo zajmują się intratną spekulacją pewnym towarem; uzbeccy ludzie biznesu są z kolei zadowoleni, bo mają stosunkowo łatwy dostęp do twardej waluty, pozbawionej dużego ryzyka inflacyjnego. Jedynym podmiotem, który nie jest zadowolony, jest autorytarny rząd Uzbekistanu. Co jak co, ale na nim akurat można położyć bardzo dorodną laskę.

Jakkolwiek cała ta nieco dziwna sytuacja nie byłaby lekko irytująca i – bądź co bądź – zalatująca gangsterką, to z całym przekonaniem muszę napisać, że jest w niej coś bardzo klimatycznego. Jeśli miałbym teraz wymienić jedną z ciekawszych przygód, która spotkała mnie w Uzbekistanie, to byłoby nią właśnie poszukiwanie pierwszego czarnorynkowego handlarza walutą (nie licząc przemiłej dziewczyny z pociągu). Samotne zagłębienie się w czeluści bazaru w Kungradzie, a następnie odnalezienie odpowiedniej uliczki, okupowanej przez pięciu facetów zarabiających na życie czymś, co do zasady jest przestępstwem, jest właściwie kwintesencją tego, po co zawsze przyjeżdżam do Azji.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Uzbekistaniepolubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0