Wyprawa 2018: Zapowiedź

Jak pisałem w tym wpisie, z różnych względów rypnął mi się tegoroczny wyjazd do Indii. Jest trochę żal, bo do wyprawy do tego kraju przygotowywałem się przez bez mała połowę swojej podróżniczej „kariery”, ale co się odwlecze, to nie uciecze, a Indie raczej nie znikną z mapy w ciągu najbliższego roku. Jak jednak łatwo się domyślić, nie pozwoliłbym sobie na zupełne odpuszczenie tegorocznego, dłuższego wyjazdu, dlatego dość spontanicznie podjąłem decyzję o kupnie innych biletów. Mój wybór padł na Bangkok. Dlaczego?

Etap 1: Z Tajlandii do Kambodży

W Bangkoku byłem już co prawda dwa razy, ale – primo – pierwszy raz nastąpił równo 10 lat temu; secundo – podczas drugiego pobytu byłem przez większość czasu zajęty… hmm… innymi sprawami, o których jeszcze kiedyś szerzej napiszę na blogu i jestem pewien, że to będzie kurewsko poczytny wpis.

W stolicy Tajlandii nie zamierzam tak naprawdę siedzieć długo. Mam tam do załatwienia jedną rzecz, o której na razie też nie puszczę pary z ust, a w trakcie ewentualnie skoczę sobie pod świątynię Wat Samphran, bo po prostu nie mógłbym sobie odmówić obfotografowania takiego architektonicznego kuriozum.

Wat Samphran

No sami powiedzcie, że nie mam racji… (źródło: 123RF.com)

Z Bangkoku zamierzam udać się do Kambodży, konkretnie do Phnom Penh. Jeśli będę miał lenia, to użyję samolotu, ale najpewniej wybiorę drogę lądową, po drodze zahaczając o… nie, nie o Angkor, chociaż przeszło mi to przez myśl. W końcu 10 lat temu nie byłem tam nawet w stanie zrobić jednego porządnego zdjęcia. Myślałem raczej o post-kolonialnym mieście Battambang – głównie dlatego, że wcześniej nie miałem okazji o nie zahaczyć.

Co będę robił w Phnom Penh? Poza ciągłym wykasływaniem kurzu, mam zamiar odwiedzić tam moich znajomych, którzy na miejscu siedzą już kilka lat i nie zamiarują wracać do Polski. Z wizytą celuję w weekend, mając nadzieję na to, że kilkuletni pobyt pozwoli im pokazać mi kilka atrakcji stolicy Kambodży, których próżno szukać w przewodnikach. Poza tym mam nadzieję na srogi pochlej, ale to chyba oczywiste.

Etap 2: Brunei i malezyjskie Borneo

Brunei pozostaje jednym z niewielu krajów Azji południowo-wschodniej, w których jeszcze nie byłem. W tym roku planuję zmienić ten stan rzeczy. Tak naprawdę nie sądzę, żebym spędził na miejscu więcej niż 2 dni, ale chciałbym przynajmniej rzucić okiem na te nieprzebrane, sułtańskie bogactwa.

Problem polega na tym, że do Azji wybieram się w tym roku z dronem, a jego wwożenie na teren sułtanatu jest zabronione. Z tego względu z Phnom Penh polecę najprawdopodobniej nie do Bandar Seri Begawan, a do – położonego w malezyjskiej prowincji Sarawak – miasta Miri. Tu ugadam się z jakimś hostelem, zostawię część rzeczy i śmignę do Brunei właśnie, tak by nie kusić losu. Jeszcze nie pojebało mnie na tyle, żeby latać dronem w kraju, w którym takie maszyny konfiskowane są na granicy.

Bandar Seri Begawan

To chyba warto zobaczyć na własne oczy… (źródło: 123RF.com)

Po powrocie z sułtanatu chcę przeznaczyć kilka dni na północną, malezyjską część wyspy Borneo. Tempo zapewne będzie zabójcze, ale jadę sam, więc mogę do woli katować się własnymi, kretyńskimi pomysłami, włączając w to nocne przejazdy, autostopy i inne krotochwile tego typu. W najgorszym razie chciałbym odbyć przynajmniej krótki, dwudniowy trekking w głąb jakiejś dżungli; w najlepszym może uda mi się zobaczyć coś więcej, aczkolwiek tutaj wszystko jeszcze leży w sferze maybe, bo nawet jeszcze nie zajrzałem do przewodnika.

Przy okazji chciałem podziękować księgarni ArtTravel.pl za zapewnienie mi wspomnianych przewodników. Gratisowy egzemplarz zamierzam zedrzeć aż do grzbietu.

Etap 3: Południowa Tajlandia

Niezależnie od tego, gdzie na Borneo uda mi się dotrzeć, trzeci tydzień wyjazdu (bo na tyle, +/- 2 dni, jest on planowany) oznacza dla mnie przelot z Malezji na kontynent i powrót do Tajlandii. Wstępnie myślałem o tym, żeby polecieć do Kuala Lumpur i dojechać w okolice prowincji Krabi lądem, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej ten plan wydaje się nierealny.

Po co lecisz do Krabi, spytacie? To właściwie bardzo proste.

W Krabi, ewentualnie w jej bezpośredniej okolicy, będą wówczas bytować dwie przesympatyczne niewiasty, które wybierają się do Tajlandii na swój pierwszy dłuższy, samodzielny wyjazd. Do owych niewiast zamierzam dołączyć, jednocześnie głęboko wierząc w to, że przezwyciężą ewentualne trudności natury komunikacyjnej, pogodowej czy losowej, i faktycznie znajdą się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

Cel połączenia sił jest prosty – południowa Tajlandia to idealne miejsce na konkretną porcję wakacyjnego chillu, połączonego z konsumpcją moich ukochanych SPY wine coolerów. Żeby jednak nie było, zarówno dziewuchy, jak i ja nadal zamierzamy tęgo zwiedzać, przenosząc jednak ciężar z ruin i świątyń na plaże, jaskinie i inne pierdolety tego typu.

Prowincja Krabi

No cóż… jakoś się przemęczę… (źródło: 123RF.com)

Prawdę mówiąc, przebieram już nogami z niecierpliwości na ten wyjazd. Przede wszystkim – wracam do Azji południowo-wschodniej, z której nie byłem już zdecydowanie zbyt długo. Co ciekawsze, po raz pierwszy w swojej „podróżniczej” historii jadę na miejsce zupełnie sam, co również mocno mnie jara (głównie ze względu na możliwość spokojnego zbierania materiałów na bloga, bez utyskujących mi nad uchem członków jakiejś większej „grupy wyjazdowej”). Wreszcie, zajebiście się cieszę, że ten „samodzielny” wyjazd tak naprawdę mniej-więcej w połowie będzie składał się ze spotkań ze znajomymi. Jednych nie widziałem kupę czasu, natomiast para dziewuch z Tajlandii to już sprawdzony w warunkach polowych, pojebany blond-tandem, z którym ciężko się nudzić.

Ponadto, na wyjazd mam zamiar przygotować się tak, by wreszcie w jakiś sensowny sposób raportować z niego na bieżąco. Pierwsze zakupy już zrobiłem, tym samym mocno uszczuplając swój budżet. No cóż, najwyżej na miejscu będę jadł kamienie, a kalorie będę ściągał z internetu. Stay tuned – ruszam już 29 października!

REKLAMA:

Skomentuj czy coś:

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.