Hanoi imprezowo

Skoro już trochę popierdoliłem o samym Hanoi, to przyszła pora na opis nocnych ekscesów, którego to miasto było świadkiem w okresie naszej bytności w nim. O ile bowiem spacer naszej silnej, męskiej grupy po stolicy Wietnamu był tyleż szybki, co kształcący, to prawdziwa magia działa się podczas dwóch długich wieczorów, spędzonych w barach i klubach Starej Dzielnicy.

Aha. Zanim polecicie dalej z lekturą, polecam przypomnienie sobie składu osobowego naszej grupy wyjazdowej – tak będzie łatwiej i ciekawiej. Wpis na ten temat znajdziecie tutaj.

Wieczór pierwszy, czyli rajd z dziwką

Po wylądowaniu na lotnisku, zostaliśmy zgarnięci przez niejakiego Huana – kumpla Lucka, z którym ten studiował swego czasu w Londynie. Huan – pół-wietnamczyk, pół-Polak – załadował nas do swojej wypasionej fury, po czym pożeglował z nami wprost do Starej Dzielnicy, czyli historycznego centrum miasta, liczącego sobie de facto jakieś 1000 lat. „Pożeglował” określa tutaj również prędkość poruszania się naszego wehikułu, bowiem korek z lotniska był przeskurwysyński.

Po zainstalowaniu się w Hanoi Backpacker’s Hostel, konkretnie w pokoju o „imieniu” George (jeśli mnie pamięć nie myli), szybko ruszyliśmy na rekonesans. Zanim jednak wyszliśmy, odbyłem krótką dyskusję z Luckiem na temat tego, co ma zrobić z nadmiarem dolców w gotówce. Osobiście zawsze stoję na stanowisku, że po azjatyckich miastach lepiej nie łazić z grubym szmalem. Lucjan pozostał jednak głuchy na moje ostrzeżenia i, w obawie przez hostelowymi złodziejaszkami, postanowił zabrać ze sobą 300 dolarów w setkach. Ten ŚWIETNY pomysł odbijał mu się potem czkawką przez resztę wyjazdu.

Pierwszy, krótki rekonesans zrobiliśmy w towarzystwie Huana. Znajomy Lucka zakotwiczył nas w jednym z barów z bia hoi (tutaj przeczytacie, co to takiego), poopowiadał trochę o mieście, po czym zostawił nas samym sobie, obiecując dołączenie do nas następnego wieczora. Zostaliśmy sami.

Po przystanku serwisowym w hostelu, ruszyliśmy na miasto ponownie, a nogi poniosły nas do baru o wdzięcznej nazwie Dragonfly. Tu chłopaki od razu rozpoczęli wieczór na grubo, ładując dongi w sziszę, butelkę Jacka Danelsa oraz różnorakie drinki, wśród których – a jakże – przeważała Long Island ice tea. Zabawa nie trwała długo, bowiem po jakiejś godzinie do „Ważki” wpadła policja. Nie wiemy czemu, ale skończyło się na tym, że cały skład lokalu został ewakuowany na zewnątrz, a następnie zmuszony do rozproszenia się po innych miejscach.

Hanoi - radiowóz

Z policją jeżdżącą takimi radiowozami się nie dyskutuje…

Nas poniosło do Voodoo – sensownie wyglądającego klubu, w którym natychmiastowo zaprowadzono nas do opróżnionego przez obsługę stolika, a następnie przyniesiono cztery Heinekeny, których cena sugerowała, że podane zostały w szczerozłotych puszkach. Puszki okazały się aluminiowe, a godzina zamknięcia przybytku – przerażająco wczesna. Równiutko o 24:00 światło zostało zapalone, a klientela wyproszona. Trzeba było szukać kolejnej miejscówki.

Tu po raz pierwszy spotkaliśmy się z instytucją picia za kurtyną. Jedna z osób zamykających któryś z barów poinformowała nas, że owszem – oficjalnie bar jest zamknięty, ale jeśli wejdziemy do niego w tym momencie, to możemy zostać na miejscu i bawić się dalej. Nie zastanawiając się długo, przeszliśmy pod uchyloną, metalową kratownicą i zainstalowaliśmy się w środku. Ja wytrzymałem jeszcze dwa kolejne piwa, po czym razem z Kuszą zwinęliśmy się do hostelu. I to był błąd, chociaż niekoniecznie nasz.

Następnego dnia rano okazało się, co następuje: po wypiciu kilku kolejnych piw, Lucjan z Adasiem doszli do wniosku, że pora na jakąś grubszą akcję. Po wyjściu z baru zaczepiła ich sympatyczna dama lekkich obyczajów, która w krótkich, żołnierskich słowach opisała, jak taka grubsza akcja może wyglądać. Panowie zdecydowali, że wyrażają zgodę, zapakowali tyłki na obsadzone przez kierowców skutery i pojechali w siną dal.

Nie bardzo właściwie wiadomo, co wydarzyło się potem. Był jakiś obskurny budynek z pokojem, w którym wisiała pojedyncza, nieoprawiona żarówka. Była późna konstatacja, że być może nie był to najlepszy z pomysłów tego dnia. Wreszcie, był paniczny powrót do hostelu, podczas którego 300 dolców, które miał przy sobie Lucjan, magicznie wyparowało z jego kieszeni.

Co ciekawe, rano okazało się, że Lucek poza stratą doświadczył też wątpliwego profitu. Nigdy nie zapomnę dialogu, który wywiązał się między nami rano, a brzmiał mniej-więcej tak:

Lucjan: Kurwa, Brewa, chyba zajebali mi 300 dolców. Ale zobacz, przynajmniej nie zgubiłem klucza do pokoju.

Ja: Lucek, nasz pokój jest na kartę. Ponadto na kluczu jest jakiś numer, a nasz pokój nazywa się George. Zajebałeś klucz do pokoju w burdelu, Ty cwany lisie.

Jak się okazało, karta do pokoju również została zgubiona, co oznaczało utratę kaucji. Dzięki temu wszystkiemu, nasza grupa jako całość była stratna 300 dolców plus 10 za nową kartę. Nie dość, że byliśmy debilami, to jeszcze biednymi debilami.

Hanoi - ekipa

Po nocy pełnej wrażeń i tak prezentowaliśmy się całkiem nieźle

Wieczór drugi, czyli każdy sobie

Drugi wieczór, koronujący nasz pobyt w Hanoi, okazał się jeszcze ciekawszy. Zaczęliśmy go niewinnie, od krótkiej posiadówki na hostelowym tarasie, spędzonej w towarzystwie Huana oraz 1 litra Wyborowej. Następnie skierowaliśmy się do Bucket baru, gdzie przez resztę wieczoru pochłanialiśmy półlitrowe drinki, kosztujące po 2,5$ za sztukę.

Po około dwóch godzinach na miejscu, nasze losy kształtowały się następująco:

  • Brewa – po tym, jak Huan zaczął wstępnie podrywać jakąś całkiem wyględną, lokalną niewiastę, a następnie zawinął się na chatę, autor niniejszego bloga postanowił ją przejąć. Sprawa wydawała się iść gładko, dziewczyna pochłaniała kolejne drinki i była nawet komunikatywna. W którymś momencie jednak coś poszło nie tak i dziewczę zdecydowało jednak, że wraca do domu. Najebana w trzy dupy, panna zapakowała się na skuter, po czym ruszyła z kopyta i tyle ją widziałem. Na pamiątkę spotkania pozostał mi tylko adres mailowy w domenie Yahoo, który otrzymałem spisany chwiejnym pismem na skrawku jakiejś kartki. Tyle wyszło z wietnamskich romansów.
  • Kusza – Kusza wraz z Luckiem szybko poczuli bluesa i już po godzinie stali na barze bez koszulek, bujając się rytmicznie do skocznego remiksu Shakiry. Kocie ruchy Kuszy zaowocowały atencją lokalnej przedstawicielki najstarszego zawodu świata, która dorwała go po zejściu z baru i bardzo sugestywnie, za pomocą ruchu zwanego rosyjskim parowozem, przekonywała go do tego, by zainwestował w jej rozwój zawodowy. Kusza nie był w ciemię bity i nie skorzystał z propozycji, chociaż do końca wyjazdu musiał nosić etykietkę tego z nas, który całował się z dziwką.
  • Lucjan – dla Lucka taniec na barze skończył się nieco gorzej, bowiem chłopak w pewnym momencie stracił równowagę i zleciał na podłogę jak zestrzelony Messerschmitt. Pouczony przeze mnie o niezasadności takiego zachowania, dał mi dość niecelnie z wieży, po czym wrócił do hostelu, gdzie po dwóch godzinach znalazłem go na piątym piętrze, kiedy z uporem maniaka wypisywał na Facebooku jakieś bzdury do swojej byłej. Nie przeszkadzał mu fakt, że robił to bez koszulki, którą czystym przypadkiem znalazłem przed lokalem, w którym się bawiliśmy.
  • Adaś – Adaś zachował się najrozsądniej i po prostu w pewnym momencie poszedł spać. Problem polegał na tym, że w wyniku nocnych torsji dokumentnie obrzygał górną część swojego łóżka, a jako że jest bestią lubiącą higienę, to po prostu zmienił miejscówkę. Właściciel tejże nie był specjalnie zachwycony, kiedy okazało się, że ktoś śpi w jego łóżeczku, a jedyny wolny materac nie za bardzo nadaje się do komfortowego snu.

Tylko dla jednego z nas historia potoczyła się trochę dalej. Mianowicie, po bezpiecznym sprowadzeniu siebie i Lucka do pokoju, w którym już spał Adaś, zorientowaliśmy się, że nie ma w nim Kuszy. Z iście kumplowskim podejściem doszliśmy do wniosku, że mamy w chuju to, gdzie podział się nasz naczelny, łysy kochaś, po czym poszliśmy spać.

Jakież było nasze zdziwienie, kiedy Kusza wparował do pokoju o 6:00 nad ranem, po czym ze stoickim spokojem oznajmił, że postanowił zdrzemnąć się w kiblu po tym, jak nie mógł znaleźć pokoju. Nic dziwnego, że nie mógł, bowiem w pijackim widzie trafił na złe piętro i zupełnie nie przyszło mu do głowy, że może z łatwością przemieścić się na inne.


Po dwóch tak intensywnych wieczorach postanowiliśmy włożyć między bajki początkowe stwierdzenie Huana, że Hanoi jest dość konserwatywnym miastem. Jak się jednak okazało, w porównaniu z Ho Chi Minh (powszechnie nadal zwanym Saigonem), stolica Wietnamu była zaiste wyłącznie piaskownicą, w której nasze zabawki zdobywały dopiero pierwsze szlify. Ale o tym jeszcze opowiem.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Wyprawie z 2011 roku i polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Skomentuj czy coś:

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.