#ZostańWDomu i #PrzestańPieprzyć

Ten tekst bierze się z mojej frustracji. Frustracji, co ważne, nie spowodowanej globalną pandemią i jej konsekwencjami, a niedojrzałością naszego społeczeństwa. W sporej mierze leży ono co prawda poza moją bańką komunikacyjną, ale wciąż ujawnia się tu i ówdzie na moich tablicach w mediach społecznościowych czy przeglądanych nagłówkach w sieci.

Koronawirus is the real shit. Do dziś zabił ponad 70 tysięcy osób i pierdoli mnie dokumentnie, czy część z owych osób zmarłaby tak czy owak z powodu innych schorzeń, które infekcja zaostrzyła. Nie będę tu nawet komentował teorii spiskowych na temat tego, że wirus został stworzony sztucznie czy też że epidemia nagłaśniania jest tylko po to, by przetestować możliwość sprawowania kontroli nad ludźmi. Liczby chorych w szpitalach i apele lekarzy z całego świata mówią same za siebie i jeśli ktoś nadal nie wierzy w pandemię, to sam kupię mu bilet do Włoch.

Sytuacja jest poważna. Nie tylko pod kątem codziennej ilości zarażeń, które – zgodnie z przedwczorajszym komunikatem rządowym, dopiero zaczynają zabawę. Przewidywane apogeum ma przypaść na maj/czerwiec, co dość mocno uświadamia mi i Agatce, że z naszego, zaplanowanego na 27 czerwca wesela może wyjść tyle, co z wszystkich tegorocznych wypadów za granicę. Pandemia sprawiła też, że tysiące biznesów, inicjatyw i wydarzeń na całym świecie zaczęło walić się i znikać, jednocześnie stawiając dziesiątki tysięcy ludzi przed widmem bankructwa. Plany poszły się jebać, niezależnie od tego, czy dotyczyły weekendowej podróży, długo oczekiwanego koncertu, otwarcia nowego oddziału firmy czy wielomilionowej inwestycji o niesamowitym potencjale. Nawet Ci, którzy jeszcze miesiąc temu byli pewni, że nic nie może pójść źle, budzą się dziś ze strachem o to, czy za tydzień będą mieli za co kupić ryż w Biedronce.

W Polsce do tego chaotycznego garnuszka dorzucają jeszcze politycy, przygotowując jakieś czerstwe żarty na temat ustaw antykryzysowych, które śmieszą chyba tylko ludzi w kuluarach. Jednocześnie partia rządząca robi wszystko, by te pierdolone wybory, które w dupie mają wszyscy poza nimi, odbyły się 10 maja i ani dnia później, bo to najwyraźniej jakieś zawody. No jaja jak berety.

Ale ja chcę do lasu!

Przy tych wszystkich fakapach, z których część wydarza w moim najbliższym towarzystwie (nie szukając daleko – branża podróżnica ma obecnie PRZE-JE-BA-NE); przy wszystkich historiach o potrzebach cięć finansowych, zwolnień i redukcji; przy kolejnych przypadkach śmierci także dlatego, że kogoś wyjebali ze szpitala, bo nie było tam dla niego miejsca, najbardziej wkurwiają mnie jednak ludzie, którzy nagle zdali sobie sprawę, że… NIE MOGĄ IŚĆ DO JEBANEGO LASU.

NO KURWA MAĆ!

Od kilkunastu dni zachodzę w głowę, czy to ja jestem jakiś pierdolnięty, czy też po prostu pół świata pozamieniało się na łby z chujami. Ktoś gada, że nadciąga frustracja i depresja, bo on już nie może w tym domu. Ktoś inny pierdoli, że pogoda piękna, a on nie może pobiegać, bo niebiescy go gonią i każą płacić 2 kafle kary. Znów ktoś inny wreszcie nagle się skapnął, że pod domem ma park, do którego chciał pierwszy raz wyjść AKURAT W TYM ROKU, ale ten paskudny kraj mu nie pozwala i grozi konsekwencjami. Czy Wam, ludzie, odjebało do reszty?

Ja to wszystko rozumiem, serio. Szlag mnie trafia, że nie pojechaliśmy do Macedonii, nie polecimy do Czarnobyla (tu może to i lepiej, bo właśnie spłonął po raz kolejny) i nie spędzimy małego miesiąca miodowego we Włoszech, nie mówiąc już o planowanym, dłuższym tripie po Chinach (tak, serio to właśnie te dwa kraje były przez nas wstępnie planowane). Wkurwia mnie, że nie możemy skoczyć sobie z Agatką na piwo do naszej przydomowej menelni o nazwie Sarajewo, gdzie Królewskie z kija dają za 5 zł, a klientów, podobnie jak zęby właścicielki, można policzyć na palcach jednej dłoni. Dołuje mnie wreszcie, że chuj wie, kiedy to wszystko się skończy, a kiedy już się skończy, to Sarajewo, podobnie jak dziesiątki innych lokali alko-gastro w okolicy, prawdopodobnie nie będzie już istnieć.

Ale, no żesz do cholery, mamy PIEPRZONĄ EPIDEMIĘ!

Nie wiem, jakim cudem wyrośliśmy na tak egoistyczne i niezdolne do adaptacji społeczeństwo. Zamknięcie w czterech ścianach, powodowane wyłącznie troską o zdrowie i życie WSZYSTKICH, traktujemy jako największą karę i skandaliczne ograniczenie naszych wolności. Akurat właśnie teraz przypomnieliśmy sobie, że człowiek musi obcować z naturą, żeby go do reszty nie pojebało, podczas kiedy jeszcze 2 miesiące temu jedyną weekendową wycieczką niektórych była kilkugodzinna przebieżka po galerii handlowej, zakończona wystawną ucztą z McDonaldzie. Mam wrażenie, że pół Warszawy ma obecnie myśli samobójcze, bo nie może iść pobiegać czy przejechać się na rowerze, a dosłownie „przed chwilą” z bieganiem mieli do czynienia tylko wtedy, kiedy w telewizji natknęli się na powtórkę Foresta Gumpa.

Czy naprawdę nie dochodzi do nas, że ta pandemia, będąca zagrożeniem o potwornej skali, zastała pewną część z nas komfortowo rozpartych w fotelach, z nieograniczonym dostępem do informacji, rozrywki i możliwości rozwoju oraz zrobienia WSZYSTKICH zakupów online? Czy nie powinniśmy być wdzięczni losowi, że społeczne odcięcie to nasz największy problem?

Nie chcę wierzyć, co by było, gdyby to nie była pandemia, ale wojna. Nie mogę iść przed dom, bo bombardują? Jakim prawem, dopiero skończyli remont ulicy! Po Saskiej Kępie jeżdżą czołgi? Co za skandal, pewnie znowu rozkopią! Rozpylili gaz łzawiący? Co za chujnia, znów muszę poczekać z bieganiem aż się rozejdzie! Nie, to nie jest przesada, tylko zagrożenie jest po prostu o wiele mniej widoczne, więc pewnie mnie nie dotyczy.

Dlaczego, do cholery, nie potrafimy po prostu zaakceptować tego, że teraz nie jest pora na uprawianie maratonów, kino w plenerze czy spacery nad Wisłą, za to jest pora na #ZostańWDomu i walkę o to, żeby po epidemii wszyscy mieli pracę, pieniądze i dach nad głową? Dlaczego tak trudno ludziom zaakceptować to, że nie mogą iść do restauracji teraz, ale – przy odrobinie szczęścia – pójdą do niej za dwa miesiące? Jak możemy być tak krótkowzroczni?

Tyle się mówi o tym, jak korzystne jest wychodzenie ze swojej strefy komfortu. No i proszę, macie je teraz, tyle że na warunkach naturalnych. Nagle okazuje się, że celebryci, influencerzy i inne wzory do naśladowania nie potrafią przeżyć dnia bez swoich porannych rytuałów, śniadanek w mini-gastro czy wizyty u kosmetyczki i jeszcze chcą, żebyśmy smucili się z tego razem z nimi. Bu-fuckin’-hu.

Dlatego radzę od siebie:

#PrzestańPieprzyć

  • Przestań pieprzyć, że Ci źle, bo mogło być gorzej. Mogłeś zachorować. Mogłeś, kurwa, UMRZEĆ na tego jebanego wirusa, ale szczęściem siedzisz w we własnym domu i z rozrzewnieniem patrzysz na termometr za oknem.
  • Przestań pieprzyć, że się nudzisz i musisz siedzieć przed kompem na home office, bo mógłbyś w ogóle nie mieć pracy albo zapierdalać jako kurier wożąc przesyłki chuj wie komu (w tym chorym). Przy okazji, no offence dla kurierów – kocham Was najbardziej na świecie, serio.
  • Przestań pieprzyć, że już tracisz zmysły w czterech ścianach, bo setki lekarzy ledwo widzą na oczy i próbują nie zwariować tylko po to, żeby ich pacjenci mogli do tych czterech ścian wrócić.

Chcesz jeszcze jednej rady?

ZAJMIJ SIĘ CZYMŚ, do kurwy nędzy! Napraw tę pieprzoną, zwichrowaną szufladę w kuchni, odmaluj łazienkę i przykręć latające gniazdko. Zacznij czytać książkę, którą dostałeś na urodziny 3 lata temu, bo komuś powiedziałeś, że chyba jest fajna. Pograj na konsoli (to możesz robić ze znajomymi!). Zadzwoń do cioci. Naucz się, kurna, czegoś – mniejsza o to, czy na YouTube, czy na Udemy, czy na kursach uczelni Ivy League. Chcesz się poruszać? To kup sobie bieżnię albo rower treningowy i zapierdalaj. Tak: WIEM, że to nie to samo, ALE TAK TERAZ WYGLĄDA ŚWIAT, do cholery i trzeba się dostosować.

Wreszcie: doceń to, że teraz nie tylko Ty siedzisz w robocie, kiedy inni balują na Belize albo przemierzają Uzbekistan na osiołku. Ten cały social distancing to niesamowita okazja na to, by nareszcie robić to, na co mamy ochotę, a nie to, co nabije nam lajeczki.

Możesz nadal (nie)słusznie się oburzać, spoglądać pożądliwie na ulubionego longboarda i nadawać na Fejsie, że restrykcje są be, Ty jesteś nieszczęśliwy i kończy Ci się melisa. Możesz również się z tym wszystkim pogodzić i wyciągnąć z tego okresu maksimum. W końcu wszyscy tyle razy mówiliśmy sobie, ile byśmy zdziałali mając więcej wolnego czasu… NO TO DO ROBOTY!

Jeśli jednak wybierzesz tę pierwszą opcję, to błagam: przynajmniej #PrzestańPieprzyć o tym nieszczęsnym lesie, bo już niedobrze się robi.

Podobał Ci się ten wpis? Jeśli tak, to zobacz, co dwa tygodnie wcześniej pisaliśmy odnośnie tego, jak koronawirus wpłynął na nasze blogowe (i nie tylko) życie. Wyraźnie zobaczysz, jak dynamicznie się to wszystko rozwija i dlaczego według mnie tak ważne jest, by zachować rozsądek i spokój.

REKLAMA:

komentarze 4

  1. Janusz Kosik 8 kwietnia 2020
    • Brewa 8 kwietnia 2020
    • Eliza 8 kwietnia 2020
      • Brewa 9 kwietnia 2020

Skomentuj czy coś:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?