Jeepney – narodowe dobro Filipin

Kiedy po zakończeniu II Wojny Światowej Amerykanie wycofywali się z Filipin, mogli spodziewać się wielu rzeczy: tego, że część ich żarcia przeniknie do lokalnej kuchni; tego, że wszyscy na miejscu odetchną z ulgą; tego, że zostawią po sobie całkiem niezłą znajomość angielskiego; czy wreszcie tego, że Filipińczycy szybko zatęsknią za dolarami. Podejrzewam jednak, że ostatnią rzeczą, jaka mogłaby wpaść Amerykanom do głowy, byłoby to, że pozostawione na miejscu, powojskowe szroty wyewoluują w najważniejszy filipiński środek transportu i ikonę tego kraju: jeepneye.

Z jeepneyami zetkniecie się na Filipinach już w pierwszej minucie po opuszczeniu lotniska. Te przedziwne, wydłużone ponad miarę terenówki, mieszczące z pozoru nieskończoną ilość osób (i ustępujące pod tym względem jedynie furgonetokom z klaunami, względnie UAZom kręcącym się po mongolskich bezdrożach) szybko otoczą Was ze wszystkich stron i przytłoczą kiczem, różnorodnością oraz głośnością sygnałów dźwiękowych. Jeepneye, których nazwa powstała z połączenia słów jeep oraz jitney (terminu stosowanego wobec amerykańskich taksówek), będą Waszym wyborem numer jeden zarówno jeśli chodzi o przejechanie 500 metrów, jak i 100 kilometrów. Ich kolory, turkotanie i klaksony od ponad połowy wieku są symbolem Filipin, choć za niedługi czas może się to zmienić.

Filipiny - Jeepney

Klasyczny przedstawiciel gatunku. Zdjęcie autorstwa Ewy z bloga EwAway.pl

Taki stan rzeczy, jak to zwykle bywa, rozpoczął się od… hajsu. Niejaki Harry Stonehill – amerykański żołnierz odpowiedzialny za rozdysponowanie nadwyżek militarnych – wpadł na pomysł, że odsprzeda je localsom. Wśród wszelakich wojskowych różności znajdowały się między innymi dziesiątki zmodyfikowanych samochodów Austin 7, wydłużonych po to, by mieściły na pace większą ilość pasażerów. Pomysł był tym lepszy, że po zniszczeniach dokonanych w archipelagu przez Japończyków, miejscowa komunikacja miejska czy międzymiastowa była w opłakanym stanie. Pomysłowi Filipińczycy wzięli auta na warsztat i chałupniczymi sposobami przedłużali je jeszcze o metr czy dwa, a do tego dorzucali spersonalizowane elementy, których różnorodność szybko zawróci w głowie nawet największemu fanowi kiczu. Co więcej, jeepneye szybko zaczęły wskazywać na wyspę, na której były użytkowane. Do dziś dzień innymi autami tego typu przejedziemy się w Manili, a zupełnie innymi – budowanymi na bazie nowoczesnych SUVów i zwane passad – na wyspie Panay. Ogólnie rzecz biorąc, obecnie typów jeepneyów jest tyle, że trudno byłoby je podsumować w jednym, krótkim tekście, więc nie zamierzam nawet próbować. Powiedzmy tu tylko, że najważniejszy podział to ten na passenger-type („klasyczna”, przedłużona wersja) oraz owner-type (krótsze, użytkowane niekomercyjnie przez osoby prywatne).

Cała ta szopka szybko wyszła spod kontroli. Kiedy stare, przerobione Austiny poszły w odstawkę, Filipińczycy ani myśleli przesiadać się do „normalnych” autobusów czy półciężarówek. Na wyspach powstały specjalistyczne fabryki, trudniące się nie tylko przeróbką aut używanych, ale także produkcją jeepneyów od podstaw, głównie w oparciu o części japońskie. „Gołe” jeepneye są sprzedawane nowym właścicielom, którzy dekorują je po swojemu. Trudno powiedzieć, jakie motywy przeważają, ale na lokalnym transporcie publicznym dostrzeżemy wizerunki znanych miejsc, plaż, aktorów i celebrytów, ale także całą masę cycatych blondynek w skąpych strojach kąpielowych czy postacie z bajek bądź horrorów.

Filipiny - mały jeepney

Są też wersje mikro, zapewne bardziej budżetowe

Jednocześnie, z biegiem lat filipiński rząd postanowił nieco uregulować sprawę użytkowania jeepneyów i nieco je „zoficjalizować”. Każda kolejna generacja tych samochodów była wprawdzie unowocześniana, ale wyspiarze nieszczególnie przejmowali się pierdołami, takimi jak ekologia czy filtr cząstek stałych w (najpopularniejszych) silnikach diesla. Pomimo wprowadzenia autobusów, pociągów i innych, bardziej klasycznych form transportu kołowego, jeepneye na Filipinach nadal jeździły (i jeżdżą) na potęgę, trując środowisko i ludzi, generując masę hałasu i będąc przyczyną wielu niebezpiecznych zdarzeń (z uwagi na ich legendarnie zły stan techniczny). Wprowadzone centralnie prawo miało za zadanie położyć temu kres, precyzując normy, jakie muszą spełniać wprowadzane do obrotu samochody, wiążąc nimi także wszelkiego typu samoróbki czy auta mniejszych producentów. Siłą rzeczy, taki zabieg sprawił, że wielu wytwórców stanęło na krawędzi bankructwa, nie będąc w stanie uporać się z wprowadzeniem wyśrubowanych standardów i jednoczesnym utrzymaniem niskich cen sprzedaży. Tu, rzecz jasna, zyskały większe marki, takie jak Toyota czy Mitsubishi, które – napędzane popytem – wprowadzały na filipiński rynek swoje modele jeepneyów, nie mogące jednak pochwalić się tradycyjnym wyglądem i właściwym oryginałom klimatem.

Jeepneye z bliska

Nie mogę nic napisać z własnego doświadczenia, bo w 2012 roku jakoś nie przyszło mi to do głowy, ale jeśli temat jeepneyów do Was przemawia, to możecie pogłębić go u źródła. Część producentów tych samochodów (najwięksi to MD Juan, Armak Motors czy Celestial Motors) umożliwia zwiedzanie swoich fabryk i pozwala rzucić okiem na nowości czy „gołe” maszyny, nieprzyozdobione jeszcze przez nabywców. Na ten moment nie doradzę Wam nic konkretnie, bowiem sytuacja może zmienić się z miesiąca na miesiąc. Przykładowo, dość znana i otwarta dla zwiedzających fabryka zakładu Sarao (funkcjonująca od 1953 roku i wsławiona tym, że w 1981 roku zbudowała papieskiego jeepneya owner-type dla Jana Pawła II) może już być nieczynna, jako że od kilku lat zmaga się z problemami finansowymi. Tego typu wycieczkę musicie więc ogarnąć sami lub po prostu popytać na miejscu o Wasze możliwości.

W chwili obecnej, pomimo tego, że jeepneyów jeździ po Filipinach bardzo dużo, ich dalszy los jest niepewny. Planowane systemy szybkiego transportu autobusowego, mające powstać w Manili i Cebu, mogą w ogóle wyrugować filipiński symbol z tych miast, prawdopodobnie doprowadzając do jego całkowitego zniknięcia w ciągu następnych lat. Z drugiej strony, filipiński rząd nadal w pełni sankcjonuje jeepneye, pracując nad nowymi rozwiązaniami. Wśród nich są na przykład: wprowadzenie na ich pokłady czytników kart miejskich czy zachęcanie lokalnych producentów do produkcji wersji elektrycznych. Stawka jest dość poważna, bowiem po badaniu jednej z filipińskich gazet okazało się, że 16-osobowy jeepney spala na danej trasie tyle samo paliwa co 54-osobowy, klimatyzowany autobus. Klimat może nie ten, ale globalne ocieplenie samo się nie powstrzyma.

Filipiny - kilka jeepneyów

Do wyboru i – przede wszystkim – do koloru… Zdjęcie autorstwa Ewy z bloga EwAway.pl

Tak czy owak, będąc na Filipinach MUSICIE przejechać się jeepneyem, choć polecam raczej krótkie trasy. Radzę też robić zdjęcia, bowiem te przedziwne samochody szybko staną się dla Was elementem wakacyjnej codzienności i po prostu przestaniecie zwracać na nie uwagę. Sam padłem ofiarą tego efektu i na wyjeździe zrobiłem im słownie TRZY zdjęcia, z którego to względu w tym wpisie widzicie przede wszystkim fotki pożyczone od Ewy z bloga EwAway, rzecz jasna za jej pełną zgodą. Jeśli tego typu akcje Was grzeją, to radzę się pospieszyć, bo za 20 lat jeepneye być może pooglądamy sobie tylko w muzeum. Klimat na pewno na tym zyska, ale i tak byłoby szkoda.

Zainteresował Cię ten wpis? Sprawdź też inne teksty na temat Wyprawy z 2012 roku. Zachęcamy Cię również do polubienia naszego bloga na Facebooku – na fanpage‘u często pojawiają się dodatkowe treści.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Skomentuj czy coś:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?