„Bezdomni” w Tel Avivie i małe podsumowanie

Nasz lot z Hong Kongu do Tel Avivu w październiku 2012 roku należał do wyjątkowo przyjemnych. Kontrola na granicy okazała się znacznie lżejsza niż przed lotem z Warszawy (nie było 2 godzin wypytywania), a dodatkowo na pokładzie działały wszystkie media. To pozwoliło nam na spędzenie kilku „filmowych” godzin w samolocie, które zapewne byłyby jeszcze przyjemniejsze, gdyby stać nas było na drinki.

W Tel Avivie wylądowaliśmy o 23:00 i stanęliśmy przed zasadniczym pytaniem: czy koczujemy na lotnisku czy wychodzimy na miasto i szukamy noclegu na rympał (następny lot mieliśmy około 13:00 dnia następnego). Sprawa była o tyle utrudniona, że na lotnisku dostaliśmy z powrotem plecaki „zasadnicze”, z którymi musieliśmy się obtykać.

Ostatecznie postanowiliśmy zaryzykować i opuścić lotnisko. Względnie tani (15 zł/osoby) pociąg zabrał nas w okolice Starej Jaffy, po której pokręciliśmy się do okolic 1:00 w nocy, przy okazji zjadając po falafelu z hummusem.

Po posiłku doszliśmy do niezbyt mądrego wniosku, że nie tyle nie chce nam się szukać noclegu, co wydawać na niego hajsu. To ustaliwszy, udaliśmy się w stronę portu, znaleźliśmy jakieś odosobnione molo i… rozłożyliśmy obóz.

Nasz "obóz" nad ranem

Nasz “obóz” nad ranem

Do dziś nie wiem, co podkusiło nas, żeby spać „na dziko” w Tel Avivie. Zdecydowanie nie jest to pierwszy wybór, jeśli chodzi o miasta przyjazne tego typu praktykom. Wysoce prawdopodobne jest, że gdybyśmy mieli mniej szczęścia, to ostatecznie tę noc (i być może kilka następnych) spędzilibyśmy w areszcie. Prawda jest jednak taka, że względnie wygodnie przespaliśmy całą noc na nabrzeżu, nie niepokojeni absolutnie przez nikogo. Moim największym zmartwieniem było to, że kiedy wstawałem o 6:00, zauważyłem brak Żuchwy. Ten jednak szybko pojawił się na horyzoncie i oznajmił mi, że obudził się godzinę przede mną i miał ochotę się przejść.

Tel Aviv - wybrzeże

W sumie pogoda była w sam raz na spacer

Poranne słońce ujawniło, że wybraliśmy sobie na „hotel” skraj jednej z miejskich plaż, więc zebraliśmy klamoty i ruszyliśmy wybrzeżem, żeby nacieszyć się izraelskim ciepełkiem. Część składu poczuła się na tyle swobodnie, że nawet na moment wbiegła do morza, po czym wszyscy przysiedliśmy w jednej z pobliskich knajp i zjedliśmy śniadanie, złożone głównie z hummusu (bo tylko na niego było nas stać). Wychillowani, najedzeni i odpowiednio poinstruowani przez właściciela lokalu, wsiedliśmy do autobusu numer 5, który zawiózł nas na stację kolejową, z której bez problemu dojechaliśmy na lotnisko.

Tel Aviv - wybrzeże

Prawie jak Słoneczny patrol

Tu, niestety, morale nieco nam opadło, bowiem okazało się, że tym razem nie mamy co liczyć na szybką kontrolę. Nasze bagaże zostały wybebeszone, a my przez 1,5 godziny znów odpowiadaliśmy na pytania o powiązania między sobą i cel lotu. Tak jakbyśmy nie mieli polskich paszportów…

Ostanie izrealeskie szekle wydaliśmy z Żuchwą na sześciopak Snickersów, które miały być naszym ostatnim posiłkiem na wyjeździe (jeden z chłopaków kupił co prawda wiadro hummusu, ale jakoś nie było chętnych), nie licząc koszernego żarcia w samolocie.


Parę godzin później dobiegł końca ostatni wyjazd, na którym byłem przed rozpoczęciem pisania tego bloga. W mojej głowie stanowi on granicę pomiędzy podróżniczą epoką „starożytną” i „nowożytną”. Jednocześnie, jest to ostatni wpis dotyczący moich starszych wyjazdów, co też stanowi pewną cezurę. Rozpoczynając projekt blogowy byłem pewien, że przez dłuższy czas będzie to moje jedyne połączenie ze światem podróży i tak przez chwilę było. Na następną Wyprawę pojechałem dopiero 2 lata później, po tym, jak w moim życiu zaszło sporo zmian.

Ciekawe jest to, że i ta „cezura” spotyka mnie na pewnego rodzaju rozdrożach. Na świecie nadal trwa pandemia koronawirusa, która mocno wpłynęła na wszystkich tych, którzy do tej pory nie wyobrażali sobie świata bez podróżowania. Wyjechać jest znacznie trudniej – niemal tak, jak podczas mojej pierwszej Wyprawy z 2007 roku, kiedy sporo spraw trzeba było załatwiać listownie, ganiać po ambasadach i „manualnie” szukać noclegów, atrakcji i transportu. Może nie jest to najtrafniejsze porównanie, ale chyba czujecie, o co chodzi. Podróżowanie znów jest trochę „trudniejsze”.

Mnie to w sumie cieszy. Prace nad naszym busem dobiegają końca, a w kwietniu do mnie i Agatki dołączy jeszcze pies, o którym moja żona marzyła od dłuższego czasu. Oba te fakty, jak również coraz większa swoboda pracy na zasadzie home office, sprawiają, że w przyszłość patrzymy z optymizmem, chociaż lat nam na pewno nie ubywa, a ogólnoświatowe nastroje nie należą do najlepszych. Piękne, słonecznie dni takie jak ten, podczas którego piszę te słowa (jest 21.02.2021) sprawiają, że nie mogę się doczekać zmian i mam nadzieję, że będę miał okazję podsumować je tutaj za kolejne 10 lat. Obyście wytrwali przy lekturze do tego czasu!

Zainteresował Cię ten wpis? Sprawdź też inne teksty na temat Wyprawy z 2012 roku. Zachęcamy Cię również do polubienia naszego bloga na Facebooku – na fanpage‘u często pojawiają się dodatkowe treści.

REKLAMA:

Skomentuj czy coś:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?