(Prawie) wszystko o szczepieniach do Azji

Disclaimer: pomimo tego, że poniższa notka spisana jest zgodnie z moją najlepszą wiedzą, nie należy jej traktować jako jedynego wyznacznika wyboru szczepień przed podróżą zagraniczną. Przed swoją pierwszą wyprawą w rejony azjatyckie skonsultuj się jeszcze z lekarzem – pewnie nie powie Ci nic nowego, ale przynajmniej ma “dr” przed nazwiskiem.

Planując swój pierwszy wypad na jakiś azjatycki wygwizdów, moi znajomi bardzo często pytają mnie o szczepienia (pytają, o ile w ogóle pomyślą o tym temacie – zastanawiające jest, jak wielu ludzi w ogóle nie pamięta o tym, że z daleka od kraju można nabawić się różnych zabawnych chorób). Zagadnienie wałkowałem już tyle razy, że postanowiłem machnąć na ten temat krótki poradnik.

Czy w ogóle robić szczepienia?

To najważniejsze pytanie, a odpowiedź na nie nie jest wcale taka oczywista.

Przede wszystkim, wszystko zależy od rejonu Azji, do którego zamierzacie się wybrać, a także od tego, jakie fanaberie zamierzacie uskuteczniać na miejscu. Jeśli Wasz pobyt w Azji ma ograniczać do haniebnego opierdalania się na brzegu morza i pałaszowaniu krewetek w restauracjach dla burżujów (broń boże nie oceniam!), a ponadto planujecie spać w samych czterogwiazdkowcach, w których woda w kranach przechodzi sześciokrotną filtrację węglową, to naprawdę nie ma sensu, żebyście zawracali sobie głowę jakimikolwiek szczepieniami. Szansa, że będą Wam potrzebne jest tak znikoma, jak możliwość, że podczas posiedzenia w toalecie dziabnie Was w dupę kobra królewska.

Jeśli natomiast łaknienie przygody nie umarło w Was ostatecznie wraz z rozpoczęciem pracy w jakimś korpoburdelu i nie wykluczacie możliwości ubrudzenia Waszych koszul od Armaniego czy sukienek Versace na jakimś – choćby krótkim – trekkingu, to proponuję rozważenie szczepień podstawowych. Koszty nie są aż tak wysokie, a Wy będziecie spokojnie mogli opierdolić opiekaną kiełbachę ze standu ze street-foodem, nie zastanawiając się, czy reszty wyjazdu nie spędzicie na kiblu, o ile nie w szpitalu. Rzecz jasna, na kiblu i tak jakiś czas zapewne posiedzicie, bo to praktycznie nieuniknione (flora bakteryjna na miejscu robi swoje w dziewięciu przypadkach na dziesięć – nawet wśród ludzi, którzy jeżdżą do Azji regularnie).

Wreszcie, przygoda na pełnej kurwie, zawierająca nagą jazdę na niegolonym słoniu, spanie w kraterze wulkanu oraz strzelanie z łuku do tygrysów (albo z bazooki do krów, co podobno można uskutecznić w Wietnamie), wymaga już najczęściej pełnego kompletu szczepień oraz profilaktyki antymalarycznej. To zabiera czas, trochę nerwów i sporą kupę hajsu, ale przecież Was stać.

Czynnik miejsca również nie jest bez znaczenia. Rejony stricte turystyczne, takie jak duże miasta, południe Tajlandii czy mocno cywilizowane rejony pokroju Korei Południowej, to w zasadzie miejsca w 99% procentach bezpieczne. Zawsze jest jednak ryzyko, że w dużym mieście kichnie na Was jakiś zasmarkany Chińczyk, zarażając Was meningokokami czy innym gównem. Sami musicie ocenić, czy Wasz kontakt z localsami może wiązać się z ryzykiem złapania jakiegoś szajsu, biorąc pod uwagę odporność Waszego organizmu i stopień zamiarowanych kontaktów. Nie muszę chyba wspominać, że napalony samiec pragnący zaliczyć na wyjeździe tajskiego lachona powinien zabezpieczyć się dodatkowo – sprawdzone gumy i badania lekarskie po całej przygodzie na pewno nie będą marnacją kasy.

Jakie szczepienia zrobić?

Posługując się nieco kulawą systematyką, którą wprowadziłem trochę wyżej, szczepienia podzieliłem na podstawowe i – no cóż – pozostałe.

Szczepienia podstawowe to te strzały, które ochronią Was przed najbardziej prawdopodobnymi scenariuszowi chorobowymi. Zaliczam do nich szczepionki przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B (WZW A+B), durowi brzusznemu, tężcowi z błonicą i ewentualnie wściekliźnie.

WZW to nic innego jak żółtaczka. Typ A nie jest szczególnie groźny dla zdrowia i sam ustępuje po pewnym czasie, ale na chuj się martwić; typ B zwany jest często żółtaczką wszczepienną i można się nią zarazić np. w szpitalu, kiedy jakiś fajfus zrobi Wam zastrzyk używaną igłą (np. podczas znieczulania miejscowego przy szyciu – mocniej możecie się skaleczyć nawet snorkując na płyciźnie). Na dość groźną (i również wszczepienną) żółtaczkę typu C nie ma na razie szczepionki – tego ryzyka niestety nie unikniecie i trzeba z tym handlować.

Dur brzuszny to nieprzyjemne choróbsko, którego można nabawić się jedząc podejrzane żarcie. Biorąc pod uwagę fakt, że w Azji prawie każdy street-food jest podejrzany, to – zakładając, że zamierzcie go spróbować (a grzechem byłoby przejść obok niego obojętnie) – ta szczepionka jest praktycznie mustem. Nawet nie myślcie o jej nie robieniu przed wyjazdem do Indii czy mniej popularnych destynacji typu Birma. Powaga – nie chcecie wysrywać własnych jelit w publicznym szalecie pod Taj Mahal albo pod krzakiem niedaleko Wielkiego Muru.

Tężec to chyba jasna sprawa, ale przy okazji warto sprawdzić, czy nie byliście na niego szczepieni w szkole, w okolicach 19. roku życia. Jeśli tak, to macie spokój na 10 lat. Z błonicą, która – wbrew dość powszechnemu przekonaniu przenosi się przede wszystkim drogą kropelkową – jest identycznie.

Wścieklizna to ciężki i zaskakujący cenowo temat. Z jednej strony – żaden w miarę trzeźwo myślący człowiek nie będzie pakował makakowi paluchów do ryja; z drugiej – cholera wie, co będziecie odpieprzać po pijaku. Ryzyko ugryzienia przez wściekłe zwierzę jest w Azji znacznie wyższe niż w Polsce, niemniej sama szczepionka jest kurewsko droga – na trzy dawki wydacie łącznie ok. 450 zł. Zastanówcie się więc poważnie, czy będziecie mieli ochotę zabawiać się niegrzecznie z przygodnym gibonem.

Pozostałe szczepienia obejmują zazwyczaj ochronę przed takimi chorobami jak polio (rzadko występujące, ale stosunkowo groźne), odkleszczowym (to przydaje się także w Polsce, jeśli lubicie sobie czasem pozapieprzać po lesie), meningokokowym i japońskim zapaleniem mózgu, a także przed cholerą (powiem szczerze, że nie znam nikogo, kto ostatnio zetknąłby się w Azji z tą chorobą, ale niektóre strony podają ją jako często występującą).

W razie wątpliwości (albo niskiej skłonności do ryzyka) zawsze warto zajrzeć do jakiejś tabeli szczepień zalecanych. Te najbardziej miarodajne znajdziecie w punktach szczepień, ale internet też jest ich pełen. Jedną z najbardziej przejrzystych znajdziecie tutaj.

Jeśli chodzi o malarię, to pisałem już wcześniej o moim stosunku do zapobiegania jej za pomocą tabletek. Przypomnę więc tylko, że osobiście uważam, że w przypadku Azji wystarczy dbać o stały dostęp do porządnych repelentów – zwłaszcza jeśli nie planujecie naprawdę harcore’owych trekkingów w rejony szczególnie zagrożone. Co do szczepionki, to z chęcią zrobię ją sobie, jak tylko trafi do szerokiej dystrybucji – to miało podobno nastąpić już w tym roku, ale wybierający się do Tajlandii znajomy dowiedział się, że na ten moment wspomniany specyfik wykazuje skuteczność na poziomie 40%, a tym samym nie jest dopuszczony do obrotu w Europie (europejska arystokracja wymaga, jak się okazuje, co najmniej 90%-owej skuteczności).

Kiedy, gdzie i za ile się zaszczepić?

Jeśli chodzi o „kiedy”, to odpowiedź zazwyczaj brzmi – do 3 miesięcy przed wyjazdem. Szczepionka zrobiona zbyt późno może nie osiągnąć pełni swojej mocy (poza tym niektóre osoby mają tendencję do czucia się źle przez parę dni od przyjęcia zastrzyku – w moim przypadku czasem następuje dokuczliwy ból mięśni), a zbyt wcześnie… No cóż, może się nie zmarnuje, ale – tak na chłopski rozum – będziecie mieli mniej czasu na skorzystanie z jej dobroczynnych właściwości. Niektóre szczepionki, na przykład ta na WZW A+B, robi się w kilku strzałach, z których dwa pierwsze należy zazwyczaj zrobić w odstępie około miesiąca. Trzeci zastrzyk zrobią Wam już po powrocie, na „ugruntowanie” szczepienia – warto o nim pamiętać, bo dzięki temu szczepionka będzie działała przez kilka lat.

Właściwie wykonane i powtórzone szczepienia będą Was chronić bardzo długo – przeważnie przez 10 (antykleszczówka, WZW A+B czy tężec z błonicą) lub 3 lata (dur brzuszny). W dbałości o terminy pomoże Wam specjalna żółta książeczka dla ważniaków, którą dostaniecie na pierwszym szczepieniu (niektóre ośrodki szczepień zdzierają za nią dyszkę). Po każdym „zakończonym” szczepieniu warto dopisać sobie w niej normalną (a nie oficjalną i pojebaną), polską nazwę choroby, przed którą jesteście chronieni, a także datę, po której szczepienie należy powtórzyć (o ile oczywiście Wasza przygoda z Azją nie skończy się po jednym wyjeździe).

Międzynarodowa książeczka szczepień

Przez kilka lat trochę się tego zbiera

Szczepienia na choroby egzotyczne można wykonać w szeregu ośrodków na terenie całego kraju, włączając w to wszelkie LuxMedy, EnelMedy i inne -medy dla rozpuszczonej korpo-hipsterki. Nie potrzebujecie na nie skierowania od lekarza pierwszego kontaktu, Waszego rabina czy rodziców – wystarczy przyjść z grubym plikiem hajsu i silną wolą nie porzygania się po tym, jak nakłują Wam każdy możliwy mięsień szczepienny (zazwyczaj do czterech – oba ramiona i udziska). Na miejscu lekarz sprawdzi, czy nadajecie się do szczepienia (ciężarówki i chorzy odpadają), podpowie w zakresie wyboru szczepionek (czasem jednak warto zawierzyć sobie, bo szczepionka to też produkt, a produkty trzeba sprzedawać), a następnie wyśle Was – a jakże – do kasy.

Tu będzie płacz, bo szczepienia nie są tanie. Komplet trzech strzałów na WZW A+B to wydatek rzędu 650 zł, przed durem brzusznym zabezpieczycie się za ok. 250 zł, a przed polio – już tylko za 80 zł. Generalnie pewnie pójdzie z 1000 zł, ale warto pamiętać, że późniejsze ewentualne leczenie w szpitalu byłoby znacznie droższe. Możecie też uznać to za zabezpieczenie się przed naczelnym prawem Murphyego – będąc w Azji zapewne nie będziecie mieli okazji się zarazić, ale jeśli nie mielibyście szczepionki, to na pewno dostalibyście wszystkiego na raz, prawdopodobnie w odmianie powodującej krwawy stolec.

Przykładowy, warszawski (a więc pewnie najdroższy w kraju) cennik szczepień znajdziecie tutaj.

Po odwiedzinach w kasie pozostanie Wam już tylko czekać. W Warszawie kolejki bywają zaskakująco długie i siedzą w nich czasem straszne pacany, opowiadające niestworzone rzeczy. Weźcie sobie książkę albo Playboya i zarezerwujcie ze 2 godziny czasu – największe kolejki, zgodnie z logiką, powinny być w punktach szczepień na jesieni (przed sezonem wyjazdów w „ciepłe kraje”), ale tak naprawdę jest to loteria. Czasem załatwicie wszystko w 10 minut, czasem koleja będzie na 3 godziny stania.

Samo szczepienie to króciutki, zazwyczaj bezbolesny (chyba, że jesteście płaczliwymi ciotami) zabieg. Możliwe, że traficie jakąś heterę, która zazdrości Wam wyjazdu na Filipiny – wtedy może trochę zaboleć . Po nakłuciu nie przemęczajcie się zbytnio przez resztę dnia, bo jednak dostaliście igłą w mięsień. Tak jak pisałem, mi zdarza się odczuwać dyskomfort po zastrzykach, ale znika on zazwyczaj po kilkunastu godzinach od sesji. I to w zasadzie wszystko – pozostaje zgarnąć uzupełnioną książeczkę i uciec z płaczem do mamy. Kiedy minie trauma, spakujecie się i wyjedziecie do Azji, gdzie zapewne na nic nie zachorujecie, ale za to coś Was upierdoli albo otruje. No to jeszcze nie ma szczepionek, ale szczęściem wystarcza mieć mózg.

REKLAMA:

Comment 1

  1. Karolina 27 października 2016

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0