Dlaczego nie biorę Malarone’u i droga do Mae Sariang

13 dzień naszej wyprawy rozpoczęliśmy od przyjęcia profilaktycznego leku na malarię. To było moje pierwsze zetknięcie się z Malaronem, nie mówiąc już o tym, że jego kupno poprzedzone było odpłatną wizytą w LuxMedzie, w którym tamtejszy lekarz medycyny tropikalnej odradził nam praktycznie wszystkie aktywności, z których da się czerpać przyjemność w Azji (na czele z kąpielami pod wodospadami).

Obecnie, mając już kilka wypraw za sobą, stawiam raczej na rozsądne używanie repelentów z DEET oraz moskitiery. Raz, że Malarone jest po prostu potwornie drogi (opakowanie zawierające 12 tabletek to koszt około 200 zł) – zwłaszcza jeśli chcemy brać go zgodnie z zaleceniami, to jest rozpoczynając dawkowanie na tydzień przed wjazdem w rejon zagrożony, a kończąc dwa tygodnie po wyjeździe z niego. Dwa, samo regularne dawkowanie bywa upierdliwe, a zapominalstwo można przypłacić nieskutecznością specyfiku. Trzy, Malarone’u nie można łączyć z alkoholem, co właściwie powinienem był napisać na samym początku, jako że jest to argument koronny.

Niemniej, wtedy wydaliśmy pierdylion złotych na trzy opakowania od głowy i byliśmy święcie przekonani, że pominięcie choćby jednej tabletki sprowadzi na nas śmierć w męczarniach. With that in mind pojechaliśmy dalej w dziki kraj, za cel obierając sobie położone ok. 200 km dalej Mae Sariang.

Biegnąca przy granicy z Birmą droga na północ nie była aż takim koszmarem, jak można się było spodziewać (biorąc pod uwagę trwającą porę deszczową). Przede wszystkim – widzieliśmy zaledwie jedną większą lawinę błotną, a na usunięcie skutków jej przejścia czekaliśmy zaledwie 1,5 godziny. Dodatkowe, leżące na środku głazy wielkie jak ludzka głowa zostały nam wynagrodzone za pomocą fenomenalnych widoków, w tym na liczne obozy uchodźców zza zachodniej granicy. Poza wspomianymi przeszkodami naturalnymi przejazd był stosunkowo udany, zwłaszcza że w tej części kraju nie uświadczymy żadnej innej drogi, a co za tym idzie – w praktyce nie istnieje możliwość zgubienia się.

Inne plusy? Na wysokości Mae Rama natknęliśmy się na oswojone gibony, których przyjazne usposobienie uśpiło czujność O. (konsekwencje tego faktu miały się objawić dopiero w Laosie); nieco dalej złapaliśmy tajskiego autostopowicza, który przez całą drogę powiedział może ze dwa słowa; a parędziesiąt kilometrów dalej mieliśmy okazję podziwiać buddyjskie przywiązanie do żywych stworzeń, kiedy nieopodal jednego z licznych klasztorów zauważyliśmy dwa psy szczęśliwe nawet pomimo tego, że były zrośnięte tyłkami.

Z drugiej strony – jaskinia, którą chcieliśmy zwiedzić okazała się zalana tak doszczętnie, że nie było jej widać. Ponadto w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że może zabraknąć nam benzyny, w wyniku czego mieliśmy okazję kurewsko przepłacić za paliwo na jednej z tradycyjnych mini-stacji dla frajerów, którzy również nie pomyśleli o wcześniejszym zatankowaniu. Ach – no i czas. Przejechanie 200 km zajęło nam 6,5 godziny. To na pewno nie był piknik.

Tradycyjna stacja benzynowa

Kto bogatemu zabroni… tankować

Piknikiem nie był też nasz pierwszy nocleg w Mae Sariang, gdzie M. zamiarował przeprowadzić następnego dnia krótki trekking. Nie dość, że pokój w Riverside Guesthouse był wielkości pudełka od zapałek i walił grzybem, to jeszcze podczas wieczornej toalety niemal padłem ofiarą desantu karalucha w odmianie airborne – przed służeniem za lądowisko uchroniło mnie tylko lustro (zobaczyłem skurwiela jak nadlatywał od tyłu) i szybki unik. Ze wstydem przyznam również, że krzyknąłem jak panienka.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0