Narzekanie na Vrnjacką Banję

Powiem tak: jest kilka rzeczy nudniejszych niż Vrnjacka Banja, ale większość z nich to prace magisterskie z zakresu prawa administracyjnego. Najbliższe porównanie, które narzuca się naturalnie, to polska Krynica Górska – we Vrnjackiej Banji również znajdziecie wiele miejsc, w których napijecie się wody smakującej jak krocze boksera tuż po męczącej walce, z tym ze w tym wypadku będziecie czuli się tak, jakbyście pili ją z pisuaru. Ujęcia są zapuszczone, w większości upstrzone glonami, które powoli zyskują samoświadomość, a średnia wieku kuracjuszy pozwala przypuszczać, że na miejsce trafiają ludzi zbyt starzy, by jechać do Ciechocinka. Lepsze wrażenie robi główny budynek uzdrowiska, ale i tam serbska wersja PRL-u straszy człowieka na każdym kroku, a ponadto nikt nie chce siedzieć w saunie z człowiekiem, który wygląda jakby uczył spluwać Waszego pradziadka.

Nie lepiej jest z aquaparkiem. Zlokalizowany w dość dużym oddaleniu od reszty vrnjackich atrakcji, jest tak naprawdę przyhotelowym basenem z atrakcjami, przez co przez atrakcje należy rozumieć plastikowe króliki pokryte łuszczącą się farbą i zjeżdżalnie, którym nie powierzylibyście życia nawet Waszego najgorszego wroga.

Vrnjacka Banja - aquapark

Aquapark dupy nie urwał…

Niemniej, po Vrnjackiej Banji można się przespacerować, bo jej najciekawszą częścią są dwie duże, szerokie aleje, na które nie wpuszcza się ruchu kołowego. Jedna z nich wiedzie od mieszkalnej części miasta w głąb uzdrowiska – tu można napić się piwka (także wieczorem, bo jest to tutejsza „imprezownia”), zjeść plieskavicę albo zwrócić uwagę na interesujący projekt pokrywania drzew kolorowymi ocieplaczami, dodającymi koloru całej okolicy (chociaż nie jestem pewien, ile te quasi-gobeliny wytrzymają – u nas zapewne szybko stałyby się czyimiś dywanikami łazienkowymi). Druga aleja gwarantuje urokliwy spacer wzdłuż okolicznego strumienia, podejrzanie przypominającego smródkę. Tu z kolei można nabyć wszelkiego rodzaju pamiątkowe badziewie – od zawiniętych w celofan lizaków o kształcie z grubsza przypominającym królika, przez wyszywane byle jak kapcie, aż po ręcznie malowane magnesy, przy czym według nas malujący mógłby podczas pracy pić zdecydowanie mniej spirytusu.

Taką właśnie mniej-więcej trasę przebyliśmy, poczynając od aquaparku, którego ostatecznie nie zaszczyciliśmy swoją obecnością. Aby zabić smutek spowodowany tym, jak biednie wygląda ta atrakcja, kilkadziesiąt metrów dalej kupiliśmy trzy piwka (ja nie, bo w końcu byłem wyjazdowym kierowcą) i pilnie rozpracowaliśmy je na niskim murku, okalającym czyjąś posesję, do spożywania alkoholu w miejscu publicznym dodając tym samym naruszenie czyjejś własności. Policyjny fiat punto, który po kilku minutach przejechał centralnie przed nami i nawet nie zwolnił, ostatecznie utwierdził w nas w przekonaniu, że oba te przewinienia nie są traktowane w Serbii zbyt poważnie.

Po piwku odwiedziliśmy wspomniane wyżej centrum uzdrowiskowe oraz kilka ujęć wody pitnej. W jednym z nich padliśmy ofiarą nawiedzonej kobiety, która nijak nie mogła dogadać się ze starszą panią, która prawdopodobnie mówiła po rosyjsku (prawdopodobnie, bo przez cały czas milczała jak zaklęta, wpatrując się w nas przelęknionym wzrokiem). Druga pani usłyszała, jak mówiliśmy po polsku, więc ubzdurała sobie, że wszyscy świetnie się dogadamy. Ostatecznie nie doszliśmy, o co chodziło w całej awanturze, ale doszliśmy do wniosku, że starzy ludzie spędzający urlop w uzdrowisku nie mają problemów na tyle naglących, by nasza interwencja była niezbędna. Cichcem więc usunęliśmy się ze sceny zdarzeń, pozwalając toczyć się sprawom ich własnym torem. Mam nadzieję, że te babki nie siedzą tam do dziś.

Po wszystkim w leniwych nastrojach zapakowaliśmy się do naszej cud-maszyny i ruszyliśmy w stronę Niszu, do którego bez przygód dojechaliśmy około godziny 16:00.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0