Lotnisko w Pjongjangu i kontrola na granicy

Pomijając rewelacje, o których możecie posłuchać w zamieszczonym ostatnio odcinku Jedź, baw się! PLUS, nasz lot do Pjongjangu przebiegał spokojnie. No dobra: rzeczywiście musieliśmy wypełniać aż trzy formularze imigracyjne (w jednym z nich należy m.in. wypisać wszystkie cenne dobra wwożone do KRLD) i rzeczywiście przed wyjściem z samolotu zostaliśmy – razem z resztą pasażerów – wstrzymani, bowiem na pokładzie znajdował się ważny państwowy dygnitarz. W tym ostatnim przypadku dziwowali się właściwie wszyscy, a Azjaci – jak to Azjaci – praktycznie przykleili się do okien. Co by jednak nie mówić, do okien na moment przykleiliśmy się także my. Razem z nami we wszystkich tych atrakcjach uczestniczyła także nasza nowopoznana znajoma, która okazała się Polką mieszkającą w Chinach, lecąca do Korei Północnej na wycieczkę wykupioną w Kraju Środka. Ot, zupełnym przypadkiem w wysłużonym Tupolewie znalazło się bardzo wielu Polaków (przypominam, że leciała z nami jeszcze grupa emerytów).

Korea Północna - formularze imigracyjne

Wypełnianie formularzy zajęło nam 1/3 czasu spędzonego w samolocie

Kiedy wreszcie wypuszczono nas z samolotu i pozwolono wejść na płytę lotniska, naszym oczom ukazał się okazały budynek nowego terminalu, zwieńczony czerwonym napisem „Pyongyang”. Ten budynek ten został oddany do użytku dopiero niedawno, oczywiście w asyście samego Niezłomnego Przywódcy i z całą tą okazałą pompą, z której Korea Północna znana jest na świecie. Pierwsze relacje oraz zdjęcia, które można znaleźć w sieci sugerują, że nowy terminal nie odstaje niczym od standardów zachodnich, a słyszałem nawet pogłoski o fontannie czekoladowej (sic!) w poczekalni dla turystów. Tak czy owak, to właśnie ten, jeszcze wtedy nieukończony budynek sprawił, że ostatecznie uświadomiliśmy sobie gdzie jesteśmy. Z niewielkim drżeniem kolan ruszyliśmy w stronę lotniska. W zasadzie nic nas nie zatrzymywało, bo szybko okazało się, że na płycie nie można robić zdjęć.

Stary budynek lotniska w Pjongjangu budzi skojarzenia z Etiudą, czyli terminalem zastępczym na Okęciu, który funkcjonował w czasie budowy Terminalu 2. Podobnie jak tam, na miejscu nie było klimatyzacji, co na szczęście nie miało większego wpływu na komfort, jako że pasażerów było raczej niewielu. Ci obecni szybko ustawili się w zgrabną kolejeczkę, a urzędnicy o surowych spojrzeniach i czapkach wielkości boiska do koszykówki dość sprawnie zaczęli sprawdzać dokumenty podróżne.

Tego momentu tak naprawdę obawialiśmy się najbardziej, bowiem – pomimo tego, że w oddali widzieliśmy już twarz naszego gospodarza, który cierpliwie na nas czekał – nie byliśmy do końca pewni, czy bez problemu przejdziemy przez kontrolę – w końcu to Korea Północna.

Papiery były w porządku, formularze również, schody zaczęły się natomiast przy bagażu. W podręcznym plecaku mieliśmy dwa aparaty fotograficzne, w tym jeden z teleobiektywem o zakresie ogniskowej 55-200 (do niedawna chodziły słuchy, że na miejsce można wjechać maksymalnie ze 150-ką) i kamerę sportową wyposażoną w GPS. Panowie w mundurach obejrzeli wszystko dokładnie, włączyli wszystkie sprzęty i przejrzeli zdjęcia. Jak się potem okazało, wwożone zdjęcia są poddawane kontroli nawet bardziej drobiazgowej niż te wywożone (bo te – w teorii – zostały już sprawdzone przez naszego opiekuna na miejscu) – wszystko po to, aby nie wpuścić do kraju jakichś nieprawomyślnych wizerunków, czy też (co gorsza) pornografii, która w KRLD jest surowo zakazana. Z telefonami komórkowymi również nie było problemu – turyści od pewnego czasu mogą je wwozić bez żadnych komplikacji, bowiem na terenie Korei Północnej po prostu nie będą one działać. Jak się zapewne domyślacie, podobne ograniczenia dotyczą również przeróżnych usług wymiany danych, w stylu darmowego internetu w starszych modelach Kindle’a itp.

Kiedy wydawało się, że kontrola skończona, jednak pojawił się problem. W tymże samym bagażu podręcznym jeden z urzędników odnalazł książkowy przewodnik wydawnictwa Brandt o znamiennym tytule North Korea – chyba jedyną publikację dostępną w Polsce, która nie jest przewodnikiem po łebkach, niejako dołączonym do przewodnika do Korei Południowej (jak choćby wydawnictwa Lonely Planet czy Rough Guide). Od słowa do słowa okazało się, że książka musi zostać na lotnisku i będziemy ją mogli odebrać wracając. Potem dowiedzieliśmy się, że oficjalnym powodem był przymiotnik „North” na okładce. W KRLD podział półwyspu nie jest co prawda tematem tabu, ale według oficjalnego stanowiska rządu nie istnieje żadna Korea Północna, a co najwyżej Jedyna Prawdziwa Korea pod nazwą Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Co najzabawniejsze w tym wszystkim, okładka już-nie-naszego przewodnika statuowała, że jest to JEDYNA książka tego typu, którą bez problemu da się wwieźć do Korei Północnej. Tyle, jeśli chodzi o zapewnienia wydawcy.

Innych strat nie było, więc wreszcie mogliśmy na spokojnie przywitać się z naszym znajomym, któremu zawdzięczaliśmy zaproszenia, odebrać bagaże i w doskonałych nastrojach udać się w stronę rozkopanego parkingu (prace budowlane wciąż trwały), na którym oczekiwał nas służbowy samochód.

Całość zabiegów na granicy zajęła nam nie więcej niż 20 minut. Były okolice 17:00, a my z kopyta ruszyliśmy w stronę stolicy Korei Północnej.


Podobał Ci się ten wpis? Poczytaj inne notki o Korei Północnej! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarzy 10

  1. Karol Werner 20 października 2015
    • Brewa 20 października 2015
      • Brewa 22 października 2015
  2. Sierra 20 października 2015
    • Brewa 20 października 2015
  3. Cromania.pl 21 października 2015
  4. Basia Salamon-Szympruch 23 października 2015
    • Brewa 23 października 2015
  5. mrszpak 23 października 2015

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0