Na weekend do Belgii – Bruksela

Można śmiało powiedzieć, że ostatnimi czasy moje wybory na wypady weekendowe są moralnie ambiwalentne. Z pewną dozą wstydu przyznam, że kiedy tylko w gdzieś Europie dzieje się coś niedobrego, od razu sprawdzam ceny połączeń do danego miasta, będąc pewnym, że koszt biletów spadnie na łeb, na szyję. Tak było w przypadku naszej tegorocznej wycieczki do Paryża (po zamachu w redakcji Charlie Hebdo) oraz naszego najnowszego weekendowego wypadu, czyli wyjazdu do Belgii (bilety kupiliśmy kilka dni po wybuchu na lotnisku w Brukseli). Ktoś mógłby powiedzieć, że to mało sympatyczne – oszczędzać pieniądze na ludzkiej tragedii – jednak ja traktuję tę kwestię trochę inaczej. Gdzieś tam w środku czuję, że na swój sposób walczę z masową histerią, udowadniając (także samemu sobie), że świat nadal czeka na to, żeby go odkryć, pomimo drastycznych zabiegów niecnych kutafonów, pragnących szerzyć chaos w imię wypaczonej ideologii. Tak zresztą było także w przypadku naszych odwiedzin w Korei Północnej, o czym pisałem tutaj.

Mając za sobą ten nieco przeintelektualizowany wstęp, przejdźmy jednak do prawdziwego mięsa, czyli przewodniko-relacji z wyjazdu do Belgii, który w aż 6 osób odbyliśmy pod koniec lipca tego roku.

Głównym motywatorem do ponownego odwiedzenia krainy frytek i gofrów była dla mnie Brugia. Kiedy kilka lat temu wybierałem się do Brukseli (w związku z pewnym dorywczym zajęciem zawodowym), kupiłem przewodnik, w którym to miasto było niejako połączone właśnie z Brugią. Po przekartkowaniu książki doszedłem do wniosku, że stolica kraju tak naprawdę ma do zaoferowania znacznie mniej niż miasto będące tytułowym bohaterem filmu z Ralphem Fiennesem i Colinem Farellem w rolach głównych (chodzi o Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj – w oryginale: In Bruges). Trochę to trwało, ale wreszcie udało mi się wrócić na miejsce, zabierając ze sobą nie tylko moją Beatę, ale także komplet znajomych z pracy, włączając w to dwójkę M&M’sów, przetestowanych już wszechstronnie podczas wypadu do Wrocławia. Do dyspozycji mieliśmy trzy dni oraz jeden wieczór, także nie narzekaliśmy na brak czasu – zwłaszcza, że Belgia nie należy do największych krajów.

Samolot lądował oczywiście z Charleroi (bo taniej), skąd autokarem dostaliśmy się do Brukseli (bilet można z wyprzedzeniem kupić tutaj, w cenie ok. 125 zł w obie strony). Gdyby było nas nieco mniej, samochód (który niemal zawsze wynajmujemy w przypadku wycieczek europejskich) wzięlibyśmy pewnie już w Charleroi, ale że było nas aż 6 osób, a chcieliśmy ściskać się w aucie jak jedna wielka, pojebana rodzina, to jedyną opcją był wieczorny transfer do stolicy.

Tu, zaraz po szybkim kwaterunku w Urban City Centre Hostel (położonym blisko miejsca, w którym kończy swoją trasę bus z Charleroi, a także stosunkowo tanim i schludnym) wyszliśmy sobie od razu na krótki spacer, zahaczając rzecz jasna o Szczającego Gówniarza (zwanego Siusiającym Chłopcem) oraz Wielki Plac, prezentujący się naprawdę imponująco w wieczornej szacie świetlnej. Jeśli kiedyś zdarzy Wam się trafić do Brukseli samotnie, to radzę na początku przejść się właśnie tam. Brak zakazu publicznego spożywania alkoholu oraz ogólne zamiłowanie Belgów do imprezowania sprawia, że na głównym brukselskim placu (zwanym również, podobno, najładniejszą europejską „starówką”) znajdziecie wieczorem mnóstwo młodych ludzi siedzących wprost na wiekowych kamieniach i spożywających hektolitry piwa. W takich warunkach nietrudno o zawarcie nowych znajomości. Nam owe znajomości nie były jednak potrzebne (mieliśmy dość własnych), więc pokręciliśmy się jeszcze trochę po okolicznych ulicach, wypiliśmy kilka piw, a następnie spożyliśmy – klasycznie – kebaba wielkości (z grubsza) przedramienia dorosłego mężczyzny.

Bruksela - Wielki Plac wieczorem

Impreza trwa w najlepsze

Następny dzień miał być dla piątki z nas okazją do lepszego zwiedzenia Brukseli, a dla jednej osoby – konkretnie mnie – oznaczał przejazd na lotnisko w Brukseli i odebranie samochodu, który miał nam służyć przez trzy pozostałe dni. Podczas kiedy ja tłukłem się pociągiem w rejony miejscowości Zaventem, pozostali uczestnicy obejrzeli dokładnie katedrę św. Michała i Guduli (co to w ogóle za imię…), którą bardzo gorąco im zarekomendowałem (tu zresztą byłem jeszcze z nimi) oraz urządzili sobie wycieczkę po Parlamencie Europejskim (w którym mi już zdarzyło się bubrować wcześniej). Obie te atrakcje faktycznie warto odhaczyć, tym bardziej że są za darmo, a ta druga ma dodatkowo sporą wartość informatywną. Jeśli jesteście sceptyczni względem roli, jaką w naszych życiach odgrywa Unia Europejska, to bardzo polecam wybranie się do PE – Wasze poglądy mogą mocno się zmienić (a już zwłaszcza, jeśli jesteście niedouczonymi Brytyjczykami).

Bruksela - Parlament Europejski

Parlament Europejski nie narzeka na brak miejsca

Mimo to, jeśli mam być szczery, to w moim odczuciu Bruksela nie urywa dupska przy szyi, ani nie jest miastem, które koniecznie trzeba zobaczyć przed śmiercią. Owszem, wspomniana wcześniej katedra robi wrażenie, podobnie jak kilka innych, wystawnych kościołów czy solidnej wielkości Parc du Cinquantenaire, ale moje ogólne wspomnienie tego miasta kotwiczy przy interesującej architektonicznie, ale w gruncie rzeczy nużącej Dzielnicy Europejskiej oraz przy Autoworldzie. To ostatnie to wielkie jak oczekiwania japońskich rodziców muzeum, zawierające bardzo, bardzo dużo wszystkiego, co porusza się na czterech (ewentualnie dwóch) kołach. Jeśli lubicie tego typu rozrywki, to warto wydać te 10 Euro (a przez internet nawet 9) i na około 2 godziny zanurzyć się w zapachu oleju silnikowego, weluru i spoconych, 16-letnich fanów oldschoolowej motoryzacji.

Bruksela ma również tę wadę, że jest po prostu i po chamsku… brudna. Kosze na śmieci występują rzadko, śmieci niby są zbierane co rano przez odpowiednie służby, ale mimo to mieliśmy wrażenie, że mieszkańcy nie do końca przejmują się czystością swojego miasta. Być może było to spowodowane faktem, że wcześniejsza noc wiązała się z hucznymi obchodami Narodowego Dnia Belgii (były nawet fajerwerki), niemniej jakiś niesmak pozostał. No, ale już przy okazji ostatniej wizyty w Paryżu doszedłem do wniosku, że w temacie czystości miast szeroko pojęty Zachód mógłby się od Polski sporo nauczyć.

Bruksela - śmieci

Tego typu widoki spotyka się, niestety, wszędzie w Brukseli

Z drugiej strony, ta powyższa sprawa nie będzie Wam zupełnie przeszkadzać, jeśli jesteście wielbicielami sztuki ulicznej. Belgia to europejska stolica komiksu (traktowanego w Belgii co najmniej na równi z innymi mediami) i widać to najwyraźniej właśnie na stołecznych ścianach (nie mówiąc już o licznych księgarniach). Każdy wielbiciel obrazkowych historii może spokojnie spędzić w Brukseli dzień lub dwa na poszukiwaniu ulubionych bohaterów, czających się nieraz w najmniej spodziewanych miejscach.

Bruksela - Mural z Thorgalem

Poznajecie tę nieco patologiczną rodzinę?

I oddajmy jeszcze Brukseli jedno. Ma Atomium.

Do Atomium, czyli struktury, która powstała na przedmieściach Brukseli z okazji Targów Światowych w 1958 roku (można powiedzieć, że to taki belgijski odpowiednik Wieży Eiffla), dotłukliśmy się już samochodem – 9-osobowym VW Transporterem, wyposażonym w 6-biegową skrzynię biegów i tyle miejsca, że mogliśmy w nim spać (ale nie uprzedzajmy faktów…). Nie wjeżdżaliśmy na samą górę konstrukcji, ale spędziliśmy pod nią więcej czasu, niż zakładaliśmy – głównie z racji na szczególny typ magnetyzmu, generowany przez tę budowlę. Atomium jest… inne. Przywodzi na myśl twórczość science-fiction w stylu, w którym pisało się je 50 lat temu. Bardzo łatwo wyobrazić sobie, że wokół konstrukcji krążą antygrawitacyjne samochody w stylu retro, a na recepcji stoi gość ubrany w kask z dużą szybą i antenką na szczycie, wpisujący coś do komputera z czarno-zielonym monitorem. Wrażenie jest tym mocniejsze, że spod Atomium doskonale widać inne budynki pozostałe po wystawie, przywodzące na myśl złote lata niemieckiego nacjonalizmu (wraz z pomnikami na wysokich kolumnach and shit) czy architekturę, którą obecnie można oglądać w Pjongjangu. Nie mam pojęcia, jak Belgowie utrzymują Atomium w czystości, ale budowla imponuje rozmachem, kształtem i kompletnym oderwaniem od rzeczywistości. W środku znajduje się nie tylko taras widokowy, ale także wystawy czy pomieszczenia, które można wynajmować (jeśli lubicie organizować eventy w dziwnych miejscach, to nie musicie dalej szukać). Osobiście uwielbiam takie architektoniczne zabawy od czapy, więc jeśli ktoś spytałby mnie o jedną rzecz, którą warto w Brukseli zobaczyć, to wskazałbym właśnie na tę porąbaną konstrukcję.

Bruksela - Atomium

Sami powiedzcie, czy to nie robi wrażenia

Po wizycie pod Atomium przyszła wreszcie pora na zdecydowanie, gdzie jedziemy. Nie mieliśmy zarezerwowanych żadnych innych noclegów, plan był dość ramowy, a wszyscy uczestnicy wycieczki mieli ochotę przede wszystkim na dobrą zabawę (poza mną – jak chciałem zwiedzać jak dziki). Miała miejsce krótka kłótnia, mały foch i takie tam, po czym nasz samochód ruszył i potoczył się na północ – w kierunku, w którym nie czekało nas nic poza rozczarowaniem, ale miało być to rozczarowanie, którym będzie można się pochwalić. Konkretnie – postanowiliśmy wbić się na Tommorowland.


Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Belgii i polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0