7 powodów, dla których lecę na Wyspę Man

Wyspa Man? A cóż to jest, do cholery?! Z taką reakcją słowną spotykam się od kilku miesięcy, kiedy wspominam mimochodem, gdzie spędzę swój krótki urlop na przełomie marca i kwietnia (de facto rozpoczynam go już jutro, jupi!). Pomijając profesjonalnych motocyklistów rajdowych oraz zajadłych fanów twórczości Sidneya Polaka, Wyspa Man jako destynacja turystyczna praktycznie nie istnieje w świadomości zbiorowej (chociaż to jeszcze o niczym nie świadczy – nie istnieje w niej też, najwyraźniej, mycie się przed wejściem do tramwaju…). Na mojej bucket-liście jest natomiast już od dłuższego czasu, choć przyznam, że na pewno nie liczonego w dekadach. Jeśli więc zastanawiacie się, co też mi do łba strzeliło, to poniżej przedstawiam kilka powodów, dla których (według mnie) na Wyspę Man zdecydowanie warto pojechać. Zacznę od tych najmniej ważkich:

7. Jest tam chłodno

Wiem, że jestem nieco dziwny, ale faktycznie lubię te destynacje, w których temperatura często nie przekracza w ciągu roku 25 stopni Celsjusza. Wyspa Man to co prawda nie Svalbard czy północna Norwegia, ale jednak nie jest znana z upałów. Brak ekstremalnych temperatur po tej stronie termometrowego zera sprawia, że zwiedza mi się po prostu lepiej i przyjemniej – wolę przez cały okres biegać w wiatrówce, niż co 10 minut ocierać pot z czoła i kupować kolejną butelkę wody. W takich temperaturach łatwiej mi też długo łazić, nie obawiając się o udar słoneczny czy inne gówno związane z kurewsko grzejącym słońcem. Problematyczny może być deszcz, któremu na Wyspie Man zdarza się siąpić nader często, ale cóż – jakoś będę musiał to przeżyć.

6. Jest tam mało turystów

Jedną z konsekwencji co najwyżej umiarkowanie atrakcyjnej pogody na Wyspie Man jest to, że ten spłachetek lądu nie przyciąga aż tak wielu zagranicznych turystów. Wyjątkiem jest co prawda okres, podczas którego odbywa się słynny na cały świat wyścig motocyklowy Isle of Man TT, ale każdorazowo przypada on na maj. Poza tym miesiącem, na Wyspę Man przypływają przeważnie tylko leciwi, spragnieni ciszy i spokoju obywatele Wielkiej Brytanii, którym szkoda pieniędzy na wybranie się gdzieś dalej. Nie ukrywam, że mała popularność Wyspy Man to kolejny mini-powód, dla którego się na nią wybieram. Od dłuższego czasu lubuję się w wyjazdach w miejsca mniej znane i takie, o których nie jest zbyt głośno na innych blogach. Minus? Spróbujcie kupić w Polsce papierowy przewodnik po Wyspie, kosztujący mniej niż 70 zł.

5. To idealna miejscówka do latania dronem

Drona posiadam od krótkiego czasu, a jeszcze mniej czasu miałem, żeby porządnie go oblatać. Klimat Wyspy Man (wiatr i częste deszcze) nie sprzyjają co prawda wysokim lotom, ale mam nadzieję, że załapię się przynajmniej na jeden słoneczny i mniej wietrzny dzień, podczas którego uniosę Mavica na więcej niż te 30 metrów trybu dla niepełnosprawnych (zwanym także trybem dla początkujących). Wiele obszarów bezdrzewnych, a także zasady dotyczące dronów, które można skrócić w zdaniu: „lataj tak, żeby nie zrobić nikomu kuku”, to kolejne elementy, dla których tak czekam na ten wyjazd. No i filmy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to złapię kilka naprawdę epickich ujęć.

Isle-of-Man

Mam nadzieję, że uda mi się zrobić kilka podobnych zdjęć. Źródło: Azamara Club Cruises

4. Jest tam dużo skał, zieleni i spokoju

Nie to, żebym był fanem długich wieczorów spędzonych nad książką z herbatą w dłoni, ale przyznam, że ogólny klimat spokojnej wyspy, upchniętej pomiędzy Anglię a Irlandię, zdecydowanie do mnie przemawia. Po krótkim wyjeździe do Norwegii w styczniu tego roku pozostała mi ponadto tęsknota za klifami i innymi fiordopodobnymi formacjami skalnymi, którym można trzaskać zajebiste foty. Długie wieczory nad książką mi nie grożą, bo zabieram ze sobą dwóch stosunkowo jebniętych kumpli, z którymi mamy zamiar rozwalać co najmniej jedną butelkę whisky dziennie (powód numer 4.5!). Niemniej, przyjemnie jest mieć pewność, że porannego kaca będziemy odchorowywać przy szumie drzew i skrzeku morskiego ptactwa, a nie w trakcie polowania na wolny lokal, w którym można by w spokoju zacząć detoks.

3. Łatwo się tam dostać

Nie ma co ściemniać – cena i prostota dostania się na Wyspę Man odgrywała dość dużą rolę w całym procesie decyzyjnym. Tak po prawdzie, to cała moja mini-fascynacja Wyspą Man zaczęła się od odkrycia, jak łatwo (i tanio) się tam dostać z Polski. Temat ten na pewno opiszę szerzej po powrocie, ale już teraz wspomnę, że koszt biletu lotniczego, a następnie przeprawy promowej bezpośrednio na miejsce, zamyka się – przy dobrych wiatrach – w kwocie około 500 zł (w obie strony). Ceny na miejscu to insza inszość, ale przy odrobinie cierpliwości da się znaleźć również całkiem tani, a do tego klimatyczny nocleg. Ale o tym również napiszę później, jak już okaże się, czy faktycznie był tak klimatyczny.

2. Jest tam zamek Peel (i inne starocie)

Zamek Peel to miejsce, w którym zakochałem się na odległość w momencie, w którym zobaczyłem jego pierwsze zdjęcie. Położona na niewielkiej wyspie przy zachodnim brzegu… no… Wyspy, twierdza ma szansę zrobić na mnie niesamowite wrażenie (lepiej, żeby tego nie spierdoliła). Już pomijam, że ogólnie jestem ogromnym fanem zamków, jak każdy inny, 14-letni chłopiec… Ten jednak ma wypasioną lokalizację i nie będzie tak oblężony przez turystów, jak porównywalne atrakcje choćby w „dużej” Wielkiej Brytanii.

Zamek-Peel

Czyż nie jest fajowy? Źródło: Wikipedia

Nawet jeśli zamek Peel nie urwie mi dupy przy szyi, to na Wyspie Man jest także parę innych, mocno przemawiających kup kamieni. Starych budowli, kościołów (z cmentarzami) czy kurhanów jest tu tyle, że można by zrobić z nich DLC do Wiedźmina 3. Przemawia też do mnie Wielkie Koło w Laxey, zwane pieszczotliwie Elą, będące pozostałością czasów nico późniejszych, ale wciąż wydającą się być ciekawym punktem na naszej liście.

1. Są tam WIEŻE!

Moim zdaniem wieże, to – poza kołem – najlepszy wynalazek ludzkości. Być może to kwestia jakichś moich ukrytych kompleksów, ale nic mnie tak nie jara, jak kawał kamiennej wieży zbudowanej pośrodku niczego. A na Wyspie Man takich konstrukcji nie brakuje – na ściągniętej na komórkę mapie zaznaczyłem już przynajmniej 5. Do niektórych co prawda trzeba będzie drałować na piechotę (i to, o zgrozo, pod górę), ale Wyspa Man nazywana jest czasem Rajem Piechurów, więc przy okazji przekonamy się, skąd wzięło się to miano.


Poza powyższymi, istnieje jeszcze kilka innych, mniej ważnych powodów, dla których moja krótka (bo zaledwie 6-dniowa, włączając w to dwa dni w „klasycznej” Wielkiej Brytanii) wyprawa na Wyspę Man może okazać się kurewsko ciekawym wyjazdem. Na miejscu mamy już zarezerwowany samochód, co – w połączeniu z lokalnym brakiem ograniczeń prędkości – może dać ciekawe efekty; zarezerwowany mamy także udział w Kidding Chaos, czyli rustykalnej imprezie z okazji… rodzenia się kóz. Tak, będziemy oglądać, jak rodzą się kozy – już możecie mi gratulować. Wreszcie, chyba wspominałem już o whisky, a Wyspa Man ma na stanie również kilka (podobno wybornych) browarów. Wyjazd więc zapowiada się przygodowo, alkoholowo i męsko. Mam nadzieję, że będzie epicko…

Czy wspomniałem, że będzie tam dużo whisky?

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne notki o Wyspie Man lub polubić mój blog na Facebooku, gdzie na bieżąco informuję o nowych wpisach i wrzucam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarze 4

  1. Przemek 30 marca 2017
    • Brewa 30 marca 2017
    • Brewa 4 kwietnia 2017

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0