Najpierw zwiedzaj, potem strzelaj – Globalny bank nasion i okolice

Droga pomiędzy lotniskiem a „właściwym” miastem Longyearbyen skrywa wiele sekretów. Podczas naszej svalbardzkiej wyprawy, owe sekrety postanowiliśmy zbadać przedostatniego dnia pobytu. Na ten cel przeznaczyliśmy pół dnia, którego pierwszą część spędziliśmy na odpoczynku po suto zakrapianej imprezie z okazji przesilenia letniego, w której mieliśmy okazję uczestniczyć dzień wcześniej.

Idąc od strony lotniska w kierunku „stolicy” Svalbardu, zaraz za lotniskowymi zabudowaniami możemy skręcić w prawo. Szutrowa droga odbija tutaj pod kątem prostym od wyasfaltowanej, głównej trasy, prowadząc nas zawijasami na południe. Przy samej drodze natkniecie się na kilka pomniejszych „atrakcji” – znajduje się tu między innymi tor quadowo-motocrossowy oraz „poligon” strażacki, na którym tutejsze  służby ratownicze ćwiczą m.in. akcję gaszenia płonącego samolotu (w wariancie silnika odrzutowego oraz śmigłowego). Z niewielkiego wzniesienia można też podziwiać samoloty siadające i startujące z lądowiska w Longyearbyen, chociaż do tego celu równie dobrze nadaje się parking pod budynkiem o dźwięcznej nazwie…

Okolice Longyearbyen - poligon strażacki

“Poligon” w całej okazałości

Globalny bank nasion

Globalny bank nasion (Global Seed Vault), czy też – bardziej kolokwialnie – Doomsday Vault to otwarta w 2008 roku konstrukcja o niebanalnym przeznaczeniu. W jego wnętrzu, do którego prowadzą dość niepozorne, stalowe drzwi, osadzone w niewielkiej, betonowej konstrukcji, kryje się obecnie prawie milion próbek nasion (każda próbka to parę tysięcy sztuk), sprowadzonych do Banku z ponad 100 krajów całego świata. Warto zaznaczyć, że pierwsze próbki przybyły do ŚBN między innymi z Syrii, do której następnie częściowo wróciły, kiedy na miejscu wybuchła trwająca do dziś, wyniszczająca wojna.

Global Seed Vault - front

Budowla nie wygląda szczególnie imponująco

Global Seed Vault to tak naprawdę wielka, zdolna pomieścić ponad 4,5 próbek przestrzeń, mieszcząca się w sztucznie stworzonej pieczarze we wnętrzu góry. Panująca w środku, naturalnie utrzymująca się temperatura – około -3°C – umożliwia bezpieczne przetrzymywanie próbek bez konieczności znacznego angażowania dodatkowej aparatury chłodzącej (ostatecznie schładzającej wnętrze do -18°C), czyniąc Bank Nasion budynkiem samowystarczalnym i nie potrzebującym zasilania (przynajmniej jeśli chodzi o główny cel). Do tego dochodzą sprawy związane z niemrawą tektoniką okolicy oraz spora wysokość nad poziomem morza, która umożliwia instytucji działanie nawet po stopnieniu lodowców. Niestety, na początku 2017 roku naukowcy alarmowali, że globalne ocieplenie nie pozostaje bez wpływu na Spitsbergen i prędzej czy później może pojawić się potrzeba dochładzania Banku. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o Doomsday Vault, zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku poniżej:

O Banku nasion jeszcze więcej możecie dowiedzieć się na poświęconej mu stronie organizacji Crop Trust oraz na rządowej stronie Norwegii, która sfinansowała jego budowę.

Strzelnica w Longyearbyen

Wspinając się dalej drogą wiodącą do Światowego banku nasion, po paruset metrach dojdziemy do miejsca bardzo popularnego wśród mieszkańców Longyearbyen – jest nim tutejsza strzelnica na wolnym powietrzu. Czerwone zabudowania bardzo łatwo rozpoznać, a jeśli będziecie mieli wątpliwości, to wystarczy kierować się odgłosami dzikiej kanonady.

Strzelnica w Longyearbyen - naboje

Pamiątki po poprzednich użytkownikach

Wbrew temu, co można usłyszeć od innych odwiedzających Spitsbergen lub przeczytać w internecie, strzelnica NIE jest otwarta dla wszystkich i darmowa. Aby korzystać z niej legalnie, należy opłacać abonament, dzięki któremu użytkownik może do woli korzystać z wyrzutników rzutek czy papierowych tablic z wyrysowanymi reniferami… tak przynajmniej zrozumieliśmy z mało składnych słów starszego Norwega, który przyłapał nas na strzelaniu na miejscu.

Strzelnica w Longyearbyen

Lucek tuż przed oddaniem jedynego celnego strzału

Nie jestem pewien, czy da się jakoś dogadać z kimś na miejscu, żeby postrzelać tu jednorazowo – między innymi dlatego, że w ciągu dnia roboczego mało kto na strzelnicę zagląda. Ja i Lucek odczekaliśmy, aż korzystająca z rzutek grupa sobie pójdzie, po czym ustawiliśmy w jednym miejscu puszkę z browarem i zaczęliśmy do niej nakurwiać z naszego wynajętego Mausera. Nasze szczęście skończyło się po oddaniu dokładnie 19 strzałów, kiedy z pomieszczenia za moimi pleckami wyszedł wkurwiony dziadek i – dosłownie – kazał nam wypierdalać, przy okazji robiąc zdjęcia nam i puszce. Jest więc szansa, że dwóch „kretynów” z Polski znalazło się w lokalnej gazecie. Całe zajście pokażę Wam niedługo w kolejnym odcinku Pamiętników svalabrdzkich, a jeśli wy będąc na miejscu zapragniecie skorzystać ze strzelnicy, to albo zróbcie to tak, żeby nikt nie widział (i z zachowaniem zasad bezpieczeństwa), albo znajdźcie na miejscu jakiegoś localsa, który pójdzie z Wami.

Broń na Svalbardzie

O wynajmowaniu broni na Svalbardzie – czy to po to, żeby sobie postrzelać, czy po prostu dla bezpieczeństwa – opowiadałem w 14-tym odcinku mojego videocyklu jedź, BAW SIĘ!+. Obejrzyjcie go, jeśli chcecie dowiedzieć się, po co na miejscu wynajmuje się gnata, jaki jest wybór oraz jak w ogóle przeprowadzić całą procedurę. Film polecam zwłaszcza osobom faktycznie wybierającym się na Svalbard, bo to chyba jedyny taki materiał w polskim internecie.

Svalbardzka Stacja Satelitarna

Radary to widok bardzo powszechny na Spitsbergenie. W innym miejscu pisałem już, czemu to miejsce jest tak lubiane przez operatorów satelitów, więc tu tylko przypomnę, że w okolicach Bieguna Północnego przecinają się orbity dużej części z nich, co pozytywnie wpływa na szybkość pozyskiwania zebranych przez nie danych.

Największą stacją radarową na Spitsbergenie, a jednocześnie (przynajmniej w teorii) najłatwiej dostępną jest baza NASA, do której można dostać się idąc dalej drogą biegnącą obok Seed Vaulta oraz strzelnicy. Tu jednak również polecam wybranie się na spacer z kimś mieszkającym na Svalbardzie, bowiem podejście zagrodzone jest szlabanem i opatrzone tablicami zakazującymi przejścia. My, po przygodach z wkurwionym dziadkiem na strzelnicy, nie chcielibyśmy ryzykować dalszych przypałów, choć do dziś żałuję, że pod radary ostatecznie nie podeszliśmy. Z polskich blogerów w tym miejscu był między innymi Wojażer, którego zdjęcia ze stacji za każdym razem wzbudzają u mnie wyrzuty sumienia.

Widok z Hjortfellet

Widok na stację NASA

No cóż – o tyle dobrze, że ja widziałem radary NASA przynajmniej z oddali, podczas naszej kajakowo-trekkingowej przygody parę dni wcześniej, kiedy pogoda przez chwilę była dla nas łaskawa.

Całość takiego trekkingu na południe od lotniska czy tez Longyearbyen Camping – włączając w to wizytę przy Światowym Banku Nasion, na strzelnicy i pod radarami NASA – to dobry pomysł na cały dzień aktywności. Jak na stosunkowo niewielkie odległości pomiędzy „atrakcjami”, spacer może być naprawdę satysfakcjonujący i idealnie nadaje się na zakończenie przygody ze Svalbardem. Tym zresztą był właściwie również dla nas.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Svalbardzie lub o kontynentalnej Norwegii oraz polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0