Nocleg w klubie? To (chyba) lubię!

Na kilkuosobowych wyjazdach trafiają się różne pomysły. A to, żeby przejechać się liniowym autobusem przez najniebezpieczniejszą dzielnicę danego miasta (zaliczone!); a to, żeby na spontanie polecieć do Singapuru (również zaliczone – jeszcze o tym będzie); a to z kolei, żeby zaoszczędzić na noclegu i spędzić noc… w klubie. Oto historia tej ostatniej przygody, z perspektywy czasu będącej jedną z najbardziej poronionych idei całego naszego tripu na Filipiny.

Po powrocie z okolic wulkanu Taal mieliśmy twardy orzech do zgryzienia. Nie nagraliśmy wcześniej noclegu w Manili, było już późnawo, a tak się składało, że o 6:00 rano następnego dnia mieliśmy siedzieć już w samolocie lecącym na Palawan. Nasz pierwszy pomysł był całkiem sensowny: pojedziemy na lotnisko i przeleżymy tam do okolic godziny 4:00, żeby potem spokojnie wejść na pokład samolotu…

Tu jednak obudził się Żuchwa, który ni z tego ni z owego zaczął przeglądać listę najlepszych klubów w Manili, nie chcąc „marnować” ostatniej nocy spędzanej przez nas w stolicy. Na nasze nieszczęście, jego szybki research wykazał, że tuż obok lotniska, w centrum handlowym Newport Mall, znajduje się Republiq: klub ówcześnie w Manili znany, modny i bardzo popularny.

Nie wiem, jak to się stało, że uznałem wyprawę do Republiq za dobry pomysł, ale fakt jest taki, że godzinę później byliśmy już względnie odpierdoleni (klub miał bardzo konkretny dress code) i wypsikani perfumami jak Karyna na otwarcie Biedronki, a jedynym problemem pozostawała kwestia naszego bagażu.

Ten problem miał drugie dno, bowiem lotniskowa przechowalnia jak najbardziej działała, jednak z jakiegoś powodu jej podwoje zamykały się o 1:00 w nocy, a otwierały ponownie dopiero o 5:00, godzinę przed naszym lotem. Na tym etapie nikt z nas nie chciał już zostawać na lotnisku z bagażami, więc postanowiliśmy zaryzykować, jednocześnie błagając chłopaka zarządzającego przechowalnią, żeby otworzył nam ją o 4:30. Zgodził się i to nas trochę uspokoiło, choć i tak mieliśmy ograniczone zaufanie do filipińskich obietnic.

Pozostawało przejść przez ulicę (dosłownie) i ruszyć do klubu na najdziwniejszą imprezę dekady.

Mieszcząca się w Newport Mall Republiq była w 2012 roku miejscem goszczącym najlepszych światowych DJ-ów oraz dysponującym szerokim wachlarzem znanych, lokalnych rezydentów. Dość powiedzieć, że dosłownie o dwie imprezy minęliśmy się ze Stevem Aokim, który grał w Republiq tydzień przed naszą wizytą. My nie trafiliśmy na żadne znane nazwisko, ale i tak mieliśmy sporo szczęścia, bo – pomimo budzącego spore zastrzeżenia wyglądu (nie każdy z nas miał ze sobą czystą koszulę) oraz braku dowodów tożsamości (zabieranie paszportu na melanż wydawało nam się dość słabym pomysłem) – zostaliśmy bez szemrania wpuszczeni do środka. Zapewne głównie dlatego, że szóstka chcących się zabawić białych to perspektywa dobrego zarobku

… Bo za wejście do klubu musieliśmy zapłacić. Standardowa wejściówka do Republiq nie była tania (jak na filipińskie standardy), a jej koszt wynosił 600 peso (obecnie to prawie 50 zł). Plusem było to, że w cenie „biletu” były dwa drinki i to nie byle jakie, bo mogliśmy do woli wybierać z kart klubowego menu, nie będąc ograniczonymi do klasycznego duetu wódka z sokiem/whisky z colą.

Jak to się mawia: this night was a blur. Do dwóch „darmowych” drinków dołożyliśmy po 2 albo 3 kupne, ofiarowany nam przez obsługę stolik szybko straciliśmy na rzecz asertywnych Filipińczyków w dobrych ciuchach, a ja osobiście przez godzinę opędzałem się o przygrubej niewiasty, której jeden z chłopaków postanowił powiedzieć, że mi się podoba. Gdzieś tam po drodze pojawiła się także pewna wysoka Francuzka, która – ku uciesze męskiej części naszej grupy – przyłączyła się na czas imprezy do naszej paczki, szybko doprowadzając się do stanu bliskiego agonalnemu.

Bawiliśmy się, od pewnego momentu parkiet zaczął powoli pustoszeć, a chłopaki zdali sobie sprawę, że najlepszy okres na łowy skończył się jakieś 2 godziny wcześniej. Post-apokaliptyczny klimat został wreszcie dopełniony przez światło, które nagle zabłysło w całym klubie, a my ze zgrozą skonstatowaliśmy, że oto impreza dobiegła końca, a obsługa Republiq jak gdyby nigdy nic zaczęła sprzątać. Ale może to i lepiej, bo było już kawałek po 4:00.

Republiq is no more

Jeśli komuś z Was przyszłoby do głowy powtórzyć nasz wyczyn, to niestety nie mam dobrych wieści. Opisywany powyżej klub został zamknięty w roku 2014 i nigdy nie otworzył się ponownie. Niemniej, w centrum handlowym Newport Mall jest wydzielona część rozrywkowa i na pewno znajdziecie tam jakieś miejsce na przeczekanie nocy przed wczesnoporannym lotem. Podobnie jak w Polsce, właściciele klubów na Filipinach często zamykają je tylko po to, żeby za chwilę otworzyć ponownie – pod inną nazwą i z odświeżoną stylistyką. O ile się orientuję, rolę naszej Republiq pełni obecnie klub House.

Przed 5:00 doczłapaliśmy na lotnisko, po drodze rezygnując z towarzystwa nawalonej Francuzki, z której właściwie nie było już co zbierać. Oczywiście drzwi przechowali bagażu były zamknięte i pozostały takimi do mniej-więcej 5:05, kiedy zaspany Filipińczyk otworzył je wreszcie dla nas, raz po raz łamiąc się w przepraszających ukłonach.

Jakimś cudem udało nam się nadać bagaże o czasie i nawet odprawić się bez zbytniego pośpiechu. Było to możliwe głównie dzięki temu, że nasze bramki szczęśliwie nie znajdywały się na drugim końcu lotniska, a logistykę „terminalową” ogarnęliśmy jeszcze przed wyprawą do Republiq. Obsługa linii Cebu Pacific, swoją drogą znanych z dość wybiórczego podchodzenia do norm bezpieczeństwa, nawet się nie skrzywiła, widząc szóstkę ledwo trzymających się na nogach białasów, ładujących się do samolotu. Słusznie zresztą, bo wszyscy zasnęliśmy chyba jeszcze przed startem maszyny i karnie przespaliśmy cały, trwający około 1,5 godziny lot.

Lotnicza turbo-drzemka, filipińskie powietrze i obficie rozwodnione drinki w Republiq sprawiły, że w palawańskim Puerto Princessa wytarabaniliśmy się z samolotu tylko mocno (a nie morderczo) zmęczeni. Sił starczyło nam nawet na to, żeby wstępnie przejść się po mieście, a wieczór spędzić w Tiki Barze, nie pozwalając odpocząć naszym umęczonym wątrobom. Na prawdziwe zwiedzanie ruszyliśmy jednak dopiero dzień później…

Zainteresował Cię ten wpis? Sprawdź też inne teksty na temat Wyprawy z 2012 roku. Zachęcamy Cię również do polubienia naszego bloga na Facebooku – na fanpage‘u często pojawiają się dodatkowe treści.

REKLAMA:

Skomentuj czy coś:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?