Nasza Algieria – etap I: Algier

Mój „męski” wypad do Algierii był wyjazdem dwoistego typu. Z jednej strony, zależało nam na stosunkowo dużej swobodzie i możliwości wyboru tego, co chcemy zobaczyć… Z drugiej jednak, „obsługująca” naszą wizę agencja FancyYellow zdołała skusić nas swoim programem, który – przy stosunkowo niskiej cenie – zrzucał nam z barków całą wyprawową logistykę, na czele z transportem oraz pozwoleniami (m.in. na wizytę w południowych rejonach, do czego wrócę później). Z tego względu mini-cykl Nasza Algieria będzie nie tyle przewodnikiem po miejscach, które udało nam się zobaczyć, a raczej sprawozdaniem z wyjazdu, który może dać Wam ogląd na to, czy warto zorganizować sobie wyjazd do Algierii w podobny sposób.

Algier – Zakurzona Dama Afryki

Niemal każde duże miasto na świecie rości sobie prawo do jakiegoś przydomku, a Algier chciałby być Białą Damą. W istocie biel przeważa w tym mieście, choć po bliższym przyjrzeniu się widać, że to biel mocno znoszona, nieco zszarzała, a tu i ówdzie potwornie upieprzona. Winę za ten stan rzeczy ponoszą w dużej mierze Europejczycy. Algieria przez lata była francuską kolonią, której stolicę Żabojady chciały upodobnić do ukochanej Marsylii. Wyszło to nawet-nawet, w przeciwieństwie do permanentnego rozpierdolu gospodarczo-kulturalnego, którzy mieszkańcy Starego Kontynentu po sobie pozostawili, kiedy wreszcie łaskawie postanowili opuścić te rejony.

Algier nie jest miastem pięknym, ale ma swoje momenty. Kolonialna, nadmorska część, postawiona przez Francuzów, nadal utrzymywana jest w jako-takim porządku. Tu warto jednak przyjść tylko na krótki spacer, bo prawdziwe serce miasta bija nieco wyżej, w starej dzielnicy Old Casbah. Ci, którzy już w północnej Afryce byli zapewne wiedzą, że casbah to słowo oznaczające ufortyfikowaną siedzibę. Masę Kasb znajdziemy choćby w Maroku. Francuzi nie do końca to ogarnęli i tym słowem ochrzcili całe algierskie „stare miasto” i tak już jakoś zostało.

Old Casbah to niewątpliwie najbardziej „tusrytyczna” część miasta, ale jednocześnie także mocno autentyczna. Wyraźnie kontrastuje ona z wysprzątanym waterfrontem, strasząc tu i ówdzie sypiącymi się ruinami, stropami podpartymi wytworami inżynierów-amatorów oraz walającymi się śmieciami. Ma jednak swój urok, który dostrzeżemy pomimo potu lejącego się po czołach – cała dzielnica położona jest na wzgórzu, więc droga przeważnie prowadzi po schodach.

Zwiedzanie żabim skokiem

My naszą przechadzkę po Algierze zaczęliśmy na południe od starej dzielnicy, w pobliżu jednego z najważniejszych budynków Algieru, czyli Wielkiej Poczty. Kiedyś faktycznie mieściła się w nim poczta, ale w roku 2023 budynek był wybebeszony, bo wkrótce ma w nim powstać muzeum o mieszanej tematyce. Jeśli kiedykolwiek w Algierze się zgubicie, to punkt zborny najlepiej ustalić właśnie na placu „pocztowym”.

Krótki spacer dalej na południe zawiódł nas na Plac męczenników, za zachód od którego rozciąga się wzmiankowana wcześniej Stara Casbah. W jego okolicach znajduje się meczet Ketchaoua, wpisany  – podobnie zresztą jak cała dzielnica – na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Budowla nie jest aż tak stara (powstała w 1612 roku), ale swoje przeżyła, włączywszy w to przemianowanie na katolicką katedrę. Tuż obok meczetu znajduje się kolejny ważny budynek: Dar Aziza. Ten pałac, czy może bardziej posiadłość, był kiedyś częścią większego kompleksu administracyjnego, a teraz mieści się w nim niewielkie muzeum oraz siedziba algierskiej Agencji archeologicznej. Budowla jest trudno zauważalna z zewnątrz, ale wrażenie robi przede wszystkim jej wnętrze. Duża część konstrukcji (włączając w to bardzo zmyślne „zabezpieczenia” przeciw trzęsieniom ziemi) przetrwała pięć wieków, przechodząc tylko okazjonalną renowację.

Po zasapaniu się w uliczkach i na schodkach Starej Kasby, gdzie mieliśmy również okazję obejrzeć jedną z siedmiu niegdysiejszych studni publicznych (część z nich nadal działa i dostarcza mieszkańcom wody pitnej), udaliśmy się w stronę stacji metra. Tak – w Algierze jest metro, ale miasto nie zawdzięcza go Francuzom. Co ciekawe, jego budowa „ujawniła” liczne tunele, łączące ze sobą pewne punkty w mieście. Administracja zrobiła z tego wielkie halo, ale – jak wspomniał nam nasz przewodnik – mieszkańcy Starej Casby tylko popukali się w czoło, bo większość z nich jako dzieci bawiła się w tych tunelach całymi dniami. 

Metrem skoczyliśmy sobie do parku botanicznego El Hamma – rozległego terenu, na który Francuzi sprowadzili masę przeróżnej roślinności. Co zaskakujące, owa roślinność poradziła sobie na miejscu wyjątkowo dobrze… Czasem na tyle, że niektóre partie ogrodu wyglądają jak najprawdziwsza dżungla.

Tuż przy południowej części ogrodu znajduje się muzeum Sztuk Pięknych. Kapitaliki zamierzone, bowiem francuskie Beaux-Arts to nie tylko sztuki piękne jako takie, ale też charakterystyczny styl architektoniczny, wywodzący się wprost – a jakże – z Paryża. Można powiedzieć, że to takie XIX-wieczne połączenie neoklasycyzmu z elementami renesansowymi i barokowymi. Wiecie – te wszystkie kolumny, aniołki i wielkie klatki schodowe, zwieńczone kopułkami i masą złota albo miedzi. Do algierskiego muzeum o tej tematyce weszliśmy dosłownie na moment (na miejscu byliśmy w ramadanie, kiedy wszystko zamyka się szybciej), ale wśród eksponatów zdołaliśmy wypatrzeć… popiersie Józefa Piłsudskiego. Nikt nie potrafił nam za bardzo wyjaśnić, co marszałek tam robi, ale i tak była radość.

Samo opisywane muzeum znajduje się u stóp wzgórza, na którym stoi najważniejszy monument Algieru, czyli Pomnik Męczenników. Jak łatwo się domyślić, upamiętnia on wszystkich Algierczyków, którzy stracili życie w walce o niepodległość kraju… a że było ich naprawdę wielu, to i pomnik jest nielichych rozmiarów. Pod pomnikiem znajduje się równie rozległe muzeum, które opowiada historię tej walki i – co tu dużo gadać – nie stawia Europejczyków w najlepszym świetle. O konflikcie na linii Francja-Algieria raczej nie mówi się w polskich szkołach, dlatego po wizycie na miejscu można być w ciężkim szoku. Francuzi dokonali w Algierii rozlicznych skurwysyństw, włączając w to spalenie żywcem ogromnej grupy ludzi, w tym matek z dziećmi. Rzecz jasna, podobne przekazy należy zawsze przesączyć przez filtr historii opowiadanej przez jedną stronę, ale i tak ciężko wyjść z Muzeum Męczenników bez guli w gardle.

16:00 i starczy!

Pod Pomnikiem nasz spacer z przewodnikiem się zakończył. Oprowadzający nas, 20-kilkuletni chłopak przekazał nam, że wszędzie w Algierii raczej będziemy łazić co najwyżej do 16:00, bo potem trzeba odpocząć. Nie zmienia to faktu, że był niesamowicie komunikatywny, a moi towarzysze podróży, bardzo zainteresowani m.in. tematyką rynku nieruchomości, dowiedzieli się w międzyczasie wszystkiego o rynku mieszkaniowym w Algierze (ciekawostką jest to, że w Algierii praktycznie nie istnieje instytucja prywatnych deweloperów – mieszkania budowane są przez państwo, dzięki czemu problem mieszkaniowy praktycznie nie istnieje).

Zaistniała sytuacja sprawiła, że mieliśmy dla siebie jeszcze coś około połowy dnia… który poświęciliśmy na drzemkę, bowiem w ramadan o tej porze na mieście nie ma co robić. Wieczór natomiast spędziliśmy kręcąc się po uliczkach w okolicach naszego hotelu i szukając miejsca, w którym moglibyśmy coś zjeść. To, jak mniej więcej to wyglądało możecie zobaczyć na filmie w tym miejscu (chociaż nakręciłem go naszej ostatniej nocy).


Algier, rzecz jasna, dysponuje także innymi atrakcjami. Są tu liczne muzea, a w drodze na lotnisko nie sposób nie zauważyć Djama El Djazir – jednego z największych (mieści 120 tys. osób), a jednocześnie najnowocześniejszych meczetów na świecie, zwieńczonego minaretem o wysokości 265 metrów (światowy rekord na rok 2023). Co zabawne, meczet został wybudowany przez… Chińczyków, a na jego terenie mieści się nawet remiza strażacka.

Mimo wszystko uważam jednak, że jeden dzień na „oblecenie” stolicy Algierii jest wystarczający. Algier mocno kojarzy mi się pod tym kątem z jordańskim Ammanem, który odwiedzić zdecydowanie warto, ale niekoniecznie na dłużej. Faktyczny rozmiar miasta jest lekko demotywujący, podobnie jak jego ogólny, lekko obskurny (z wyjątkami) wygląd; w jego granicach nie znajdziemy też raczej nic, co miałoby nam urwać tyłki przy szyi. Niekoniecznie „opłaca się” tu przemierzać stosunkowo duże odległości, żeby spojrzeć na kolejny park czy postkolonialny budynek, kiedy poza stolicą czekają na nas ZNACZNIE ciekawsze atrakcje. Takie zdanie miałem już na początku naszego wyjazdu, a umocniło się ono jeszcze po odwiedzinach na południu kraju czy w Konstantynie. Ale o tym będzie jeszcze później.

Jeśli przydał Wam się ten wpis, to już niedługo na blogu pojawią się kolejne notki odnośnie naszego wyjazdu do Algierii. Stay tuned!

Dodaj komentarz:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?