Nasza Algieria – etap III: Konstantyna

Po naszym powrocie z Algierii wiele osób pytało mnie: po cholerę Ty tam w ogóle pojechałeś? Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym słowem, które podsumuje główny powód, dla którego do tego kraju warto jechać, to będzie nim: Konstantyna.

Kiedy dojeżdżaliśmy do miasta z lotniska (swoją drogą: przez opóźnienie na transferze ledwo zdążyliśmy na samolot, ale obsługa lotniska w Algierze stanęła na wysokości zadania), to już wiedziałem, że Konstantyna na stałe wpisze się do mojej osobistej listy tych miejscówek, o których NAPRAWDĘ powinno się mówić, zamiast raz po raz polecać znane przez „wszystkich” miasta czy kraje. Ronda, do której Konstantynie najbliżej w prostej linii porównań, to przy niej zaledwie smętne pierdnięcie. Hiszpański, bez przerwy fotografowany most to absolutnie nic w porównaniu do tego, co ma do zaoferowania trzecie największe miasto Algierii, którego pierwsze zaczątki pojawiły się w tym miejscu już w neolicie.

Podobnie jak Rzym, Konstantyna położona jest na siedmiu wzgórzach, choć te należałoby raczej nazwać klifami. Całość miasta góruje nad okolicą niczym naturalna forteca… którą w zasadzie jest. Poszczególne części miasta spięte są ze sobą za pomocą mostów, przechodzących nad przepaściami, od głębokości których kręci się w głowie. Na pewno nie jest to miejsce dla ludzi z lękiem wysokości czy przestrzeni.

Duchowy wstęp

My nasze – bądź co bądź dość krótkie – zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od meczetu Abd El Kadera. Ogromnej, górującej nad pobliskimi budowlami świątyni, będącej islamską odpowiedzią na Taj Mahal… A przynajmniej tak to wygląda. Naszą przewodniczką na tym etapie wyjazdu była sympatyczna, młoda dziewczyna, która nie mogła się nacieszyć, że będzie mogła w spokoju pogadać z trzema białymi facetami. Chodząc po imponujących salach meczetu (pozwolono nam nawet zajrzeć do części kobiecej) byliśmy „zmuszeni” do odpowiadania na kolejne, coraz to zabawniejsze pytania – głównie o nasz styl życia i podejście do religii. Nasza opiekunka chyba szybko uznała nas za ostatnich bezbożników, ale nie poczuła się tym stropiona. Tak czy owak, pierwsze lody zostały przełamane.

Spacery górą i dołem

„Siłą” Konstantyny, podobnie zresztą jak wielu innych miejsc w Algierii, nie są muzea czy pomniki, a miejsce samo w sobie. Nie możemy powiedzieć, że widzieliśmy to miasto, jeśli nie przejdziemy się przynajmniej kilkoma mostami, stanowiącymi jego wizytówkę.

Most Mellah Slimane, wiszący ponad 100 m nad ziemią, a dysponujący szerokością zaledwie 2,5 metra, zawraca w głowie chyba najbardziej. Co ciekawe, jest to chyba najbardziej uczęszczana „kładka” w mieście, bo łączy stare miasto z dworcem kolejowym. Dodatkową atrakcją jest tu winda, której drzwi wyrzucają nas wprost na targ pełen krowich łbów, świńskich ryjów, kopców przypraw i nieznośnego hałasu – jak to w Afryce.

Most Sidi M’Cid nie wypada wiele gorzej. Z jego 162 metrów możemy podziwiać płynącą 175 metrów niżej rzekę, ale dolna perspektywa również jest bardzo ciekawa. W czasach kolonialnych z samego dołu wąwozu można było wjechać na górę specjalną windą, która była jedną z najważniejszych atrakcji miasta. Obecnie z windy został jedynie wiodący do niej korytarz… oraz otwarty szyb, do którego można sobie zajrzeć w kompletnych ciemnościach. Nie wiem, ile ludzi już tam zleciało, ale cieszyliśmy się, że do nich nie dołączyliśmy.

Samo centrum Konstantyny również zdecydowanie może się podobać. Przede wszystkim, wystarczy odejść do niego o kilkadziesiąt metrów w jedną lub w drugą stronę, żeby znaleźć się w jakimś niesamowitym punkcie widokowym. Miasto nie jest bardzo ludne czy rozległe, ale jego położenie sprawia, że można je oglądać w nieskończoność i z przeróżnych perspektyw.

Kolonialna przeszłość Algierii zostawiła Konstantynie także całkiem solidną porcję ładnej architektury, choć jej umiejscowienie nieco boli mieszkańców. Są takie miejsca w mieście, gdzie granica pomiędzy bogatymi, „białymi” dzielnicami, a biednymi i „lokalnymi” bardzo mocno kłuje w oczy. Ścisłe centrum miasta, ze swoimi hotelami i odnowionymi budynkami, może nie sprawia tego wrażenia, ale pod kątem ogólnie pojętego porządku w Konstantynie jest jeszcze sporo roboty.

Spacerowanie po mieście zajęło nam większość dnia, aczkolwiek koło 17:00 byliśmy zmuszeni wrócić do bazy, bo po tej godzinie miasto absolutnie zamarło – przypomnę, że w Algierii gościliśmy w ramadanie. Chodzenie po wyludnionych ulicach ma swoje plusy, aczkolwiek kończą się one w momencie, kiedy żołądek przypomina o swoim istnieniu.

Iftar jak się patrzy

Nasza przewodniczka, poza tym, że niezwykle informatywna i pomocna, zrobiła dla nas coś jeszcze: załatwiła nam totalną wyżerkę w muzułmańskim stylu.

Po zachodzie słońca zajechał po nas kierowca, który zawiózł nas do – podobno – jednej z lepszych miejscowych knajp w lokalnym jedzeniem, umiejscowionej… zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia, gdzie.

Uczta, którą nam tam zgotowano była doprawdy satysfakcjonująca, a może byłaby bardziej, gdybyśmy zdołali zjeść wszystko, co wjechało na stół. Co więcej, poza klasykami w stylu kaszy kuskus czy hummusu, dostaliśmy też kilka potraw, których absolutnie się nie spodziewaliśmy. Jednym z hitów okazało się coś na kształt… łazanek (?), podanych z ciecierzycą, ostrą papryczką i mięsem kurczaka. Do tego doszły też różne rodzaje pieczeni i wreszcie deser, który w większości zjedliśmy tylko wzrokiem.

Kiedy pierwsza gastrofaza opadła, zaczęliśmy nieco trząść portami przed perspektywą rychło nadchodzącego rachunku. Właściciel bowiem nie dał nam wcześniej żadnego menu, a po prostu znosił – wydawałoby się – wszystko, co tylko miał w kuchni, bez podawania cen. I tu jednak Algieria pozytywnie nas zaskoczyła, bo za całą tę ucztę zapłaciliśmy mniej więcej tyle, ile za typowy posiłek dla DWÓCH osób w warszawskiej knajpie klasy średniej-wyższej, po którym na pewno nie mielibyśmy problemu z odejściem od stołu. Czytaj: poleciało 6400 dinarów (ok. 190 zł) za całość.

Niestety, nasz wieczór musiał zakończyć się na rozkoszach podniebienia. Rum, który kupiliśmy po przylocie do Algierii skończył się nam już w Ghardai, a 6 małych piwek, które wybłagaliśmy od hotelowej obsługi (i to po wezwaniu managera, który nakazał nam pozbycie się butelek poza terenem hotelu) starczyło nam zaledwie na zwilżenie gardła po jedzeniu. To właśnie w Konstantynie Ramadan dorwał nas w swoje szpony z całą mocą, choć dzień później – na lotnisku – miał nam także bardzo pomóc.

Jeśli przydał Wam się ten wpis, to już niedługo na blogu pojawią się kolejne notki odnośnie naszego wyjazdu do AlgieriiStay tuned!

Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

error

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?