"You shit on the road?"

Aaa… tak. Zapomniałem dodać, że spać położyliśmy się w ubraniach, w tym w polarach i mokrych od potu skarach – zdjęliśmy praktycznie tylko buty, bo w ścisku nie trudno o zarobienie kopa przez sen, a buty wyprawowe zostawiają bardzo nieładne ślady na piszczelach. W związku z powyższym następnego ranka przyjęliśmy tylko pozycję pionową, opłukaliśmy zaspane mordy w baliach, których gospodarze używali zapewne w charakterze nocników, i w zasadzie byliśmy gotowi do drogi powrotnej.

Kondycja grupy była całkiem niezła (B. trochę narzekała na bolącą pachwinę, ale że tego dnia mieliśmy głównie schodzić, to nie było tak źle), a polepszyła się jeszcze za sprawą sutego śniadania, podejrzanie przypominającego wczorajszą kolację. No cóż – nie dyskutuje się z ludźmi, którzy nie mówią w Twoim języku i dają Ci całe kopy jedzenia. Raz, że nie ma jak; dwa, że trudno mówić z ryjem pełnym ryżu i fasoli (wyjątkowo zamiast jajek). Wychodząc z tego założenia wtrząchnęliśmy co było i ruszyliśmy.

Po drodze wyniknął mały problem. Okazało się, że żołądek Ma. wybrał sobie bardzo niefortunny moment na powiedzenie „dość”. Było to dla niej szczęśliwe o tyle, że lekko kontuzjowana B. i tak nas trochę opóźniała; było to równocześnie nieszczęśliwe, bowiem Ma. co i rusz zbaczała „na moment” ze ścieżki, by w ustronnym miejscu i niezbyt wygodnej pozycji kontemplować tę część krajobrazu Birmy, którą widać z kucek. Pojedynczy, niefortunny wybór takiego miejsca został przez naszego przewodnika skwitowany pełnym rozbawienia pytaniem, którym zatytułowałem niniejszą notkę. Dalszy komentarz jest chyba zbędny. Ma. – nie nie musisz dziękować.

Po kilku godzinach wędrówki oraz paru postojach na ciastko i głaskanie zawszonych kotów, zeszliśmy wreszcie z gór. Była 14:00, a za kilka godzin mieliśmy ponownie wsiąść w autobus i udać się do Bagan – głównego highlightu naszego wyjazdu. Za wzięcie prysznica musieliśmy słono zapłacić, co skojarzyło nam się jednoznacznie z zasadami ekonomicznymi panującymi w portach na Pojezierzu Mazurskim, ale nie było innego wyjścia, bo po trekkingu pachnęliśmy, a nawet wyglądaliśmy trochę jako stado ubłoconych pawianów.

Po prysznicu przyszła pora na kolejny posiłek. Nasz wybór padł ponownie na Club Tarrace – głównie dlatego, że chcieliśmy zobaczyć miejscową rzekę w świetle dnia (atrakcja ta była znacznie przereklamowana). Na jedzenie czekaliśmy długo i w mojej opinii nie było ono jakieś specjalnie wybitne, ale swoje dostaliśmy i nie poderżnęliśmy sobie gardeł cenami.

Po posiłku zebraliśmy graty i śmignęliśmy z buta na miejsce, z którego miał nas zabrać autobus. Ten podjechał w miarę punktualnie, co było miłym zaskoczeniem. Jak się okazało, było to ostatnie sympatyczne doświadczenie tego dnia.

Autobus do Bagan z Hsipaw jedzie przez nasze „ukochane” Mandalay, co sprawia, że cała podróż to 11 godzin z okładem, a to z kolei oznacza kolejną podróż przez noc. Nie byłoby to problemem gdyby nie fakt, że tym razem bus wyglądał tak, jakby miał nas zawieźć nie do Bagan, a do Oświęcimia. Nie chodziło przy tym tylko o zewnętrze, ale także o to, że przewoźnik poskąpił nam praktycznie wszystkiego, włącznie z kocykiem. Ten, w realiach arktycznych mrozów panujących w pojeździe, był praktycznie niezbędny do tego, by mieszkańcom Bagan nie zaprezentować się z glutem wiszącym do pasa. Na domiar złego przez większość trasy kierowca katował nas mobilną odmianą karaoke, które spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem miejscowej ludności. Nasze przyjęcie pozostawię za zasłoną milczenia, choć owa zasłona zdecydowanie bardziej przydałaby nam się wtedy na miejscu.

Ostatecznie naszą przygodę z birmańskim PKS-em z piekła (zamarzniętego) rodem zakończyliśmy o 4:00 nad ranem, na dworcu autobusowym w Bagan – Mieście Świątyń. Tu czekała na nas kolejna niespodzianka, w tym wypadku pod postacią zaprzężonych w konie taksówek. Półprzytomni ze zmęczenia i zimna, ze stoickim spokojem przyjęliśmy informację, że – z uwagi na zabytkowy charakter miejscowości – spalinowy ruch kołowy na miejscu jest ograniczony do minimum. Nie pytając o nic więcej wybraliśmy dwie dorożki i obraliśmy kurs na „dowolny hostel”, który okazał się Zwycięzcą. Dosłownie.

W Winner’s Hotel dostaliśmy jeden pokój od cokolwiek opryskliwego, jednookiego właściciela, a następnie zwaliliśmy się ciężko na łóżek, tym samym zostawiając za sobą ostatecznie wspomnienie zamrażarki, którą przyjechaliśmy na miejsce.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0