Bez mandatu ani rusz, czyli samochodem po Maroku

O jeżdżeniu samochodem po Maroku krążą przeróżne legendy. Szykując się do wyjazdu, w kilku miejscach w sieci znalazłem dość ogólne informacje na ten temat, ale trudno je było nazwać kompleksowym potraktowaniem sprawy. Teraz, kiedy już wróciliśmy, sam mogę podzielić się z Wami informacjami, wykutymi na kowadle naszych doświadczeń i zahartowanymi – co tu dużo mówić – własnymi łzami.

Wynajem samochodu w Maroku

Zanim przejdziemy do części zasadniczej, kilka słów na temat samej procedury zdobycia samochodu. Zakładając, że nie przemierzacie Maroka na własnych czterech kółkach, jest kilka rzeczy, które warto wiedzieć przed pozyskaniem tych wynajętych.

Sami – jak zwykle – zarezerwowaliśmy samochód online, korzystając z oferty RentalCars.com. O tym, czemu tak robię, pisałem w ogólnym tekście na temat wynajmowania samochodu za granicą. Za tydzień wynajmu samochodu średniej-niższej klasy (Citroen C-Elysee) zapłaciliśmy online dokładnie 522 zł (na 4 osoby). Jako, że do przejechania mieliśmy jakieś 1000+ kilometrów, zależało nam na względnym komforcie, ale jeśli ktoś wybiera się do Maroko we dwójkę, to może wystarczyć coś mniejszego, a co za tym idzie – tańszego.

W „losowaniu” zwyciężyła firma Thrifty, należąca do znanego na całym świecie Hertza. Nie wiem dokładnie, czemu te marki się różnicują, ale mam wrażenie, że Thrifty oferuje raczej tańsze fury, bez udogodnień typu Ą-Ę. Furkę odbieraliśmy – rzecz jasna – na lotnisku w Agadirze i tam również ją odstawialiśmy.

Samochodem po Maroko - postój

Taką furką się woziliśmy

Procedura odbioru samochodu na lotnisku jest bardzo prosta, aczkolwiek ma jeden szkopuł. Jak do tej pory wynajmowałem samochód na świecie ponad 10 razy i NIGDY nie zdarzyło się, żeby dana firma zajmowała mi na koncie – w ramach kaucji – dokładnie tyle środków, ile figurowało w odpowiedniej sekcji umowy rezerwacyjnej online. Najczęściej była to dość symboliczna kwota, taka jak 150 Euro za wynajem samochodu w Mołdawii czy niecałe 1000 zł zajęte podczas wyjazdu na Wyspę Man. Tym razem było inaczej i zapewne nie byłby to problem, gdyby kaucja za marokański wynajem nie wynosiła… ponad 16 000 dirhamów. W przeliczeniu daje to jakieś 6000 zł i jest kwotą tyleż niebagatelną, co zazwyczaj niedostępną na żadnym z moich standardowych kont rozliczeniowych. Mało tego, kwota przekraczała ilość dostępnych środków także na kontach któregokolwiek z trzech pozostałych uczestników wyjazdu, co stawiało nas przed sporym problemem. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na opcję z pełnym ubezpieczeniem samochodu. Do wynajmu dopłaciliśmy praktycznie drugie tyle (circa 550 zł), ale dzięki temu kaucja spadła nam o ¾ (na pokrycie ewentualnych braków w wyposażeniu czy w paliwie), a my zyskaliśmy spokój ducha odnośnie ewentualnych stłuczek czy uszkodzeń. Jeśli jednak mam być szczery, to styl jazdy marokańskich kierowców zalicza się raczej do bezpiecznych (o powodach będzie niżej) i nie jestem pewien, czy inwestycja w pełne ubezpieczenie ma sens. UWAGA: weźcie pod uwagę fakt, że wykup pełnego ubezpieczenia u pośrednika online (w tym przypadku – RentalCars.com) NIE ma wpływu na wysokość kaucji płaconej na miejscu – są to dwie różne usługi.

Co do zwrotu kaucji, to w Thrifty teoretycznie można czekać na nią aż miesiąc, ale w moim przypadku pieniądze zostały odblokowane na koncie już rankiem następnego dnia po zdaniu samochodu.

O samym samochodzie nie będę się rozwodził. Jeździł, nie palił dużo (tankowaliśmy dwa razy, w tym raz pod koniec okresu wynajmu) i spełniał swoje zadanie, przy okazji dysponując radiem (ale bez Bluetootha czy portu USB). Wskażę jednak, że jeśli marzy Wam się jeżdżenie po mniej turystycznych miejscach i szutrowych trasach Maroka, to zdecydowanie lepiej zainwestować w coś z napędem na 4 koła – najtańszą opcją pod koniec 2017 roku była tu Dacia Duster 4×4, wyceniana na ok. 1000+ zł za tydzień. Momentami sami żałowaliśmy, że się na nią nie szarpnęliśmy.

Samochodem po Maroko

Ale, jak widać, taką pięknością też da radę. I nie, nie ukradłem go

Wreszcie, jeszcze jeden dzynks wiąże się z procedurą zdania fury. Otóż, po raz pierwszy w swojej podróżniczej karierze, zetknąłem się z tym, że zdawany samochód nie tylko trzeba zatankować, ale także… umyć. Jest to w sumie dość oczywiste w przypadku krajów pustynnych, ale nawet po zaledwie tygodniu jazdy nasza fura faktycznie wyglądała, jakbyśmy codziennie parkowali ją w żwirowni. Na szczęście w samym Agadirze jest sporo myjni ręcznych połączonych ze stacjami benzynowymi, a jedna z nich jest także przy samym lotnisku. Jeden „żeton” na około półtorej minuty mycia obciąży Wasz budżet sumą 10 dirhamów i warto mieć na tę okazję drobne.

Maroko - mycie samochodu

Domin z oddaniem myje nasze 4 kółka

A może motocyklem?

Na wczesnym etapie planowania wyjazdu postał mi w głowie pomysł przemierzania Maroka… na motocyklu. Ostatecznie jednak zrezygnowaliśmy z tej idei, albowiem:

  • Po pierwsze – jest do droga impreza. Co prawda firm wynajmujących motocykle jest w Maroko całkiem dużo (samo hasło „Motorcycle rental Agadir” zwraca w Google 5 konkretnych wyników), ale każda z nich za średniej klasy motocykl (o pojemności circa 650cc) żąda około 60 Euro… dziennie. To bardzo dużo w porównaniu z samochodem, a do tego cena nie obejmuje niezbędnego wyposażenia dodatkowego, takiego jak choćby kufry czy sakwy. Tutaj możecie zapoznać się z cenami firmy, którą internety polecają w Agadirze.
  • Po drugie – o ile lepsze (czytaj: zachodnie) marokańskie trasy są wręcz stworzone do śmigania na moto, o tyle niektóre drogi dalej na wschód to istny koszmar dla mniej doświadczonego motocyklisty, na którego się uważam. Szutrowe przewężenia nad przepaściami z pewnością nie należą do bezpiecznych, więc jeśli nastawiacie się na relaksującą przejażdżkę w promieniach marokańskiego słoneczka, to możecie czuć się mocno zawiedzeni (i możliwe, że także martwi).

Także jeśli Maroko motocyklem, to raczej tylko dla doświadczonych i cierpliwych – przynajmniej jeśli chodzi o południe kraju.

Mógłbym napisać, że nie zna życia ten, kto nie jeździł samochodem po Maroku, ale byłaby to tylko częściowa prawda. Bardziej zbliżonym do rzeczywistości stwierdzeniem byłoby: nie zna dnia ani godziny ten, kto nie jeździł samochodem po Maroku. Konkretnie – dnia ani godziny otrzymania kolejnego mandatu. Ale po kolei.

Marokańskie drogi

Generalnie Maroko – przynajmniej jeśli chodzi o południową część kraju – jest pod względem samochodowym krajem sympatycznym i dążącym ku lepszemu. Większość tras spinających miejscówki turystyczne utrzymywana jest w dobrym stanie, podobnie zresztą jak drogi w miastach. Problemy pojawiają się, kiedy chcemy uwolnić się od miejskiego ścisku i samodzielnie dojechać tam, gdzie zazwyczaj trafiają tylko autokary i jeepy wynajmowane przez turystów. Drogi prowadzące w takie miejsca potrafią raptownie zmienić się z komfortowych, dwupasmowych tras w szutrowe koszmarki rodem z serii gier Uncharted. „Raptownie” należy rozumieć tu jak najbardziej dosłownie, bo na wschodzie kraju trwa ciągła modernizacja tras, w związku z czym dobry asfalt potrafi urwać się w jednym miejscu i wrócić do nas dopiero za 4-5 kilometrów tylko po to, żeby znów zabrakło go kilkanaście kilometrów dalej. Takie sytuacje nie zdarzą Wam się raczej na wybrzeżu, ale im bardziej zbliżycie się do Sahary (na południu) lub gór Atlas (w centrum kraju), tym większa szansa na znaczne pogorszenie komfortu podróży.

Samochodem po Maroko - droga na wschodzie

Gorszy pas drogi na wschodzie Maroka

Miasta to trochę insza inszość. W ciągu dnia dojazdówki do większości miejscowości (wliczając w to nawet te mniejsze) bywają kompletnie zakorkowane, podobnie jak centra dużych miast. Nie pomaga fakt, że to właśnie przy nich najczęściej położone są centralne suki (targowiska). Jeśli jest to możliwe, ucieczkę z miast polecam wczesnym rankiem albo wieczorem, kiedy ruch trochę maleje.

Round and round we go…

Nie jestem pewien, czego jest więcej w Maroku – wielbłądów czy rond. W miastach i ich bezpośrednich okolicach ronda to jedyna akceptowalna forma dużego skrzyżowania i biada Wam, jeśli akurat musicie na jednym skręcić w lewo. Localsi wjeżdżają na ronda jak do siebie do domu, czyli na pełnej kurwie i bez dania racji. Nie to, żeby był to jakiś problem, bo w końcu wszyscy na miejscu wiedzą, jak trzeba jeździć, ale dla turysty może to być zaskoczenie. Jeśli musicie skręcić, poczekajcie aż przejedzie największa fala, a potem walcie na pewniaka. Jest 90% szans, że kierowcy za Wami zrozumieją Wasze intencje i nie skończy się na stłuczce.

Poza miastami, zwłaszcza zmierzając w rejony mniej turystyczne, na drodze często będziecie sami… aż do momentu, kiedy natkniecie się na pierwszą ciężarówkę. Jeśli akurat przemierzacie rejony górskie, to w jej towarzystwie spędzicie nawet do kilkunastu minut, czekając na moment dogodny na jej wyprzedzenie. Jakkolwiek lokalni zawodowi kierowcy jeżdżą raczej przepisowo (bo nie mają innego wyjścia – patrz niżej), tak tylko pewien ułamek z nich ułatwia innym użytkownikom dróg korzystanie z nich, w odpowiednim momencie dając znać migaczem.

Z powyższych względów dojazdy w Maroko bywają problematyczne, jeśli zależy nam na czasie. Na potrzeby wyliczeń odległościowo-czasowych, należy zawsze zakładać, że przejechanie 100 kilometrów po nieznanym terenie zajmie Wam minimalnie 1,5 godziny. Dla przykładu, 300 kilometrów z Tarudant do Wazazart to 4 godziny według Google, ale faktycznie czas spędzony na tej trasie zbliży się raczej do pięciu – głównie ze względu na liczne zawijasy u stóp gór Atlas.

Kolejnym problemem mogą być wspomniane już, częste roboty drogowe. To właśnie w Maroko po raz pierwszy w historii byłem zmuszony kilka razy zatrzymać samochód tylko po to, żeby opadł kurz wzbudzony przez przejeżdżającą koparkę. Brak asfaltowej drogi i piach w powietrzu sprawiał, że najzwyczajniej w świecie nie wiedziałem gdzie jechać, tym bardziej że z obu stron trasy ziały dość niesympatyczne przepaści. Na taką sytuację natknęliśmy się w drodze z Wazazart do Marakeszu, a konkretnie na znanym z trudności odcinku starej trasy pomiędzy Telouet a przełączą Tizi N’Tichka.

Co z tymi długimi?

Większość użytkowników dróg w Maroku jeździ w dzień bez świateł. To w sumie nic dziwnego, aczkolwiek weźcie pod uwagę fakt, że jeśli sami z przyzwyczajenia włączycie światła ruszając, to na najbliższym skrzyżowaniu ktoś da Wam długimi światłami po gałach.

Długimi po gałach możecie zresztą dostać z innych powodów, takich jak choćby pobliska kontrola policyjna, zbliżający się korek czy właściwie cholera wie co. Prawdę mówiąc, kilkukrotnie obrywaliśmy długimi z powodów kompletnie nam nieznanych i doszliśmy do wniosku, że być może to jakiś sposób witania się pomiędzy kierowcami na mniej uczęszczanych trasach. Pewności jednak nie mamy nadal.

Na wschodzie kraju naprawdę fajnie jest też dysponować samochodem z napędem na 4 koła. Mając taki na podorędziu, bez namysłu możecie skręcić z głównej drogi na szutrówkę wiodącą do jakiegoś miejsca, które zobaczyliście z daleka. Dla „zwykłego” samochodu każda taka przygoda to wyzwanie, które pasażerowie przypłacają sporą dawką stresu i strachu o to, czy fura da radę. W naszym przypadku, pomijając wspomnianą wyżej trasę z Telouet, samochód 4×4 na pewno lepiej poradziłby sobie z okolicami studiów filmowych w Wazazart (najciekawsze sety pobudowane są w szczerym polu, czytaj: na pustyni) czy z poniższą ciekawostką, na którą natknęliśmy się po drodze z Taliouine (Talwynu) do Wazazart. Tym bardziej, że sunęliśmy do niej w zapadającym zmroku.

Maroko - droga szutrowa

I weź tam dojedź normalnym autem…

Jeśli wciąż myślicie, że takie czasy przejazdu to jednak przede wszystkim wynik moich chujowych skilli za kierownicą (a nie zaprzeczam, że zazwyczaj jeżdżę raczej wolniej niż szybciej) – think again. Tu bowiem dochodzi do głosu jedna, ważna kwestia, której nie da się obejść (a wręcz przeciwnie) ciężką stopą na pedale gazu.

Kontrole policyjne w Maroku

Pieprzone kontrole policyjne to coś, do czego w Maroku trzeba się po prostu przyzwyczaić. Na wylotówkach większych miast ustawione są stałe mini-posterunki, przed którymi trzeba zwolnić do 10 kilometrów na godzinę i cierpliwie odstać w oczekiwaniu na swoją kolej. W większości przypadków policjant po prostu machnie Wam ręką i każe jechać dalej, ale czasem – np. bliżej nocy – może zechcieć Was zatrzymać.

W takim wypadku nie ma się co obawiać. Wystarczy otworzyć szybę, ujawnić swoją znajomość (bądź nieznajomość) francuskiego i odpowiedzieć na zadane pytanie, zazwyczaj dotyczącego tego, czy wszystko w porządku i jak tam ogólnie leci. Na tych punktach kontrolnych turyści nie są przedmiotem zainteresowania władz i niech mnie chuj biały strzeli jeśli wiem, co właściwie jest.

Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa kontroli prędkości i ogólnego przestrzegania przepisów. Tu niestety sieciowe legendy mówią prawdę: w Maroko policja nie pierdoli się w tańcu i łapie wszystkich jak leci.

Mandacik dla szanownego Pana?

W Maroko mandaty potrafią sypać się gęsto, jeśli szybko nie dostosujemy się do panujących tu zasad, czy właściwie jednej zasady: trzeba po prostu jeździć przepisowo.

Jeśli chodzi o standardowe ograniczenia prędkości, to są one każdorazowo widocznie wskazane na znakach i wynoszą odpowiednio: 60 km/h dla terenu zabudowanego, 80 i 100 km/h dla „stref przejściowych” oraz 120 km/h na większości dróg poza miastami. W razie wątpliwości najlepiej po prostu jechać 60 km/h i czekać na skrzyżowanie, po którym kolejny znak najczęściej przypomni o ograniczeniu. Dlaczego jest to takie ważne?

Ano dlatego, że osobiście zgarnąłem mandat za przekroczenie prędkości o 13 km/h (sic!).

Marokańczycy BARDZO restrykcyjnie podchodzą do przepisów i nie ma tu znaczenia tablica rejestracyjna. Ichnie fotoradary – potężne, nowoczesne i rozstawione naprawdę gęsto – łapią Waszą prędkość z dużej odległości, a tłumaczenie z serii „przecież wyprzedzałem” nic nie zdziała. Nie ma się zresztą co kłócić, bo mandat za przekroczenie prędkości jest ustandaryzowany (najprawdopodobniej) i opiewa na kwotę 150 dirhamów (ok. 55 zł).

Maroko - mandat

Prawdziwy marokoński mandat

Znacznie gorzej wygląda sprawa, jeśli zostaniemy złapani na większym przewinieniu. Nie bez pewnego wstydu powiem, że pierwszy w Maroku mandat otrzymałem za nocne wyprzedzanie pod górkę na zakręcie, a do tego manewr wykonałem w odniesieniu do trzech ciężarówek pod rząd. To mało rozsądne działanie miało zostać ukarane mandatem w wysokości aż 600 dirhamów (ponad 225 zł), ale…

… no właśnie. W tym przypadku zatrzymał nas młody, samotny policjant z kamerą termowizyjną, który w prostych słowach zaproponował alternatywę: zamiast zasilać 600 dirhamami marokański budżet narodowy, mogłem zasilić 200 dirhamami jego budżet osobisty. Wybór, jakkolwiek mało etyczny, był dla nas oczywisty, w wyniku czego nastąpiła sytuacja win-almost win, a policjant (szczęśliwy jak dziecko) puścił nas w dalszą drogę, a do tego jeszcze nam pomachał.

Krótko mówiąc: mandaty w Maroko to realne zagrożenie, od którego uwolnicie się tylko pod warunkiem przepisowej, rozsądnej jazdy. Jakkolwiek lamersko by to nie brzmiało, ciężko dopatrywać się w tym czegoś złego… no – może poza faktem, że wszędzie będziecie dojeżdżać znacznie wolniej niż w Polsce. Nie ma też co wierzyć w bajki, że lokalna policja wyłapuje przede wszystkim turystów. Po pierwsze – tych korzystających z prywatnych środków transportu jest raczej niewielu, a po drugie sami widzieliśmy, jak wielu lokalnych kierowców stoi często na poboczu i awanturuje się z mundurowymi.

Tankowanie w Maroku

Marokańskie ceny paliwa nie należą do najwyższych, ale też nie powalają atrakcyjnością. Zdecydowanie lepiej poruszać się po kraju pojazdem z silnikiem diesla – za litr paliwa do niego płaciliśmy w listopadzie 2017 roku nieco poniżej 9,5 dirhama za litr (ok. 3,6 zł). Benzyna jest nieco droższa – w tym samym okresie jej litr kosztował nieco poniżej 11 dirhamów (ok. 4 zł).

Aktualizowane na bieżąco ceny paliw w Maroko możecie sprawdzić na tej stronie.

Na większości stacji benzynowych ktoś zatankuje samochód za Was, a następnie przyjmie gotówkę – nie trzeba nawet latać do kasy.

UWAGA: w niektórych rejonach bezpieczniej jest zatankować na zaś niż wyruszać w drogę licząc na to, że po drodze znajdziecie stację benzynową. Jadąc z Wazazart do Marakeszu byliśmy pewni, że starczy nam 1/3 baku, ale parędziesiąt kilometrów od celu sytuacja zaczęła się robić nieciekawa, a na trasie od Ajt Bin Haddu nie natknęliśmy się na żadną stację paliw. Pierwszy taki przybytek od tej strony znajduje się dopiero pomiędzy miejscowościami Toufliht a Touama, 55 km na południowy wschód od Marakeszu.

Parkowanie w Maroku

Na koniec kwestia postojów, będąca jednocześnie prostą, ale zgoła irytującą. O ile bowiem w Maroku nie ma właściwie większych problemów z parkowaniem, o tyle zazwyczaj wiąże się ono z szybko płynącym strumyczkiem uciekających drobnych.

W Maroko generalnie da się zaparkować wszędzie – w miastach należy tylko zwrócić uwagę, czy krawężnik przy którym stajemy nie jest pomalowany na czerwono (chociaż wielu miejscowych najwyraźniej cierpi na wybiórczy daltonizm). Jeśli nie mamy pewności, czy gdzieś na pewno można wjechać (np. w Marakeszu), warto poczekać kilka chwil i zobaczyć, jak zachowują się lokalni kierowcy.

Swego rodzaju „problemem” jest natomiast wszechobecna instytucja „parkingowych” – czasem zinstytucjonalizowanych, ale najczęściej zupełnie prywatnych gości, ubranych w odblaskowe kamizelki i pobierających opłatę za stanie w konkretnym miejscu. Opłata najczęściej zbierana jest na zasadzie „co łaska” – wystarczy 3-5 dirhamów, które daje się przed odjazdem. Czasem jednak, na przykład na wyznaczonych parkingach, opłata jest skonkretyzowana i wynosi od 10 do 30 dirhamów za dobę, płatnych z góry. Bywa to o tyle problematyczne, że niekiedy nie możecie nie być pewni, czy w danym miejscu na pewno zostaniecie na dłużej, a z mówiącymi tylko po francusku parkingowymi nie bardzo da się tę kwestię przedyskutować.

Maroko - parking

Pod twierdzą w Agadirze za postój zapłacić 5 dirhamów

Cała sprawa jest o tyle denerwująca, że nawet zatrzymując się na krótkie zakupy czy głupie zdjęcie, trzeba liczyć się z tym, że zaraz podbiegnie do nas jaskrawo odziany jegomość, widzący w nas szansę na szybki zarobek. Może nie jest to zbyt chlubne, ale w takich wypadkach płaciliśmy tylko wtedy, kiedy nie dało się tego uniknąć, a czasem nawet – o zgrozo – wyczekiwaliśmy na moment, w którym „parkingowy” oddalił się na tyle, że mogliśmy szybko wsiąść do samochodu i zwiać nie płacąc. Z tym ostatnim jednak należy uważać. Raz zdarzyło się, że rozeźlony facet pogonił za nami rączymi susami i udało mu się nawet przyfasolić w zderzak. To, jak sami będziecie traktować tego typu sytuacje, pozostawiam więc Waszej rozwadze.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne notki o Maroku lub polubić mój blog na Facebooku, gdzie na bieżąco informuję o nowych wpisach i wrzucam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarze 3

  1. Grzesiek 20 marca 2018
    • Brewa 20 marca 2018
  2. Grzesiek 20 marca 2018

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0