Droga przez mękę, czyli pierwsze naprawy VW Transportera, cz. 2

Po remoncie najważniejszych usterek technicznych mojego Volkswagena, przyszła pora na kwestie mniej techniczne, a bardziej „papierowe”. Tak mi się przynajmniej wydawało…

Akcja legalizacja

Od samego początku wiedziałem, że uporanie się z najbardziej kosztownymi naprawami nie sprawi, że moim nowym-starym samochodem będzie można legalnie jeździć. Żaden uczciwy i zdrowy na umyśle diagnosta nie klepnąłby mi bowiem przeglądu samochodu, który ma taki burdel w papierach. Trzeba było coś z tym zrobić.

Tym sposobem kolejne kilka setek poszło między innymi na komplet nowiutkich, homologowanych pasów do tylnej kanapy, komplet używanych, oryginalnych pasów na przód, remont światła biegu wstecznego oraz inną drobnicę. Z tym całym majdanem (a także kompletem wyjętych z samochodu rupieci, leżących na palecie w środku) poleciałem na stację diagnostyczną w celu… NIEprzejścia przeglądu.

Dokładnie tak – musiałem sprawny technicznie samochód „oblać” u diagnosty po to, żeby legalnie nadać mu nowy VIN. Ze starego widać dwie cyfry i literę, więc jest on już praktycznie nie do odratowania. Przy tej okazji wrócił jeszcze temat zawieszenia – po jego remoncie trzeba było zrobić geometrię kół. Ta stosunkowo niedroga usługa ujawniła, że przód samochodu jest wprawdzie w idealnym stanie, ale trzeba będzie trochę popracować nad tyłem, jako że tamtejsze koła są nieco rozkraczone. To jednak nie koniec historii.

Naprawa VWT3 - nieczytelny VIN

Tak wygląda to, co zostało z VINu*

Jak nie urok, to rozrusznik

Te i powyższe słowa piszę na rozładowującym się laptopie, siedząc w jednym z parków na warszawskim Targówku i głęboko wierząc w to, że zaraz będę mógł się stąd zmyć (bez wcześniejszego otrzymania bencek od lokalnych dresiarzy). Dlaczego?

Ano dlatego, że centralnie na stacji diagnostycznej w Transporterze padł rozrusznik.

Odpalonym na pych autem od razu pojechałem do mechanika, ostatecznie żegnając się z myślą, że może nie będę musiał na ten dzień brać wolnego w pracy. Mechanik furę odpalił ponownie i skierował do warsztatu specjalizującego się w rozrusznikach, znajdującego się na szczęście niecałe 3 km od jego garażu. Niestety, mechanicy-specjaliści w dzisiejszych czasach to grupa społeczna o wręcz nieprawdopodobnym współczynniku zarobienia, w związku z czym po przekazaniu kluczyków zostałem poproszony o cierpliwość i przeczekanie do okolic godziny 16:00. To dało mi równo 3 godziny na to, by zdzwonić się z moim przełożonym w robocie i poinformować go o sytuacji, zrobić kilka rzeczy do rzeczonej roboty, a także napisać obie części niniejszego tekstu… Dobrze, że przynajmniej nie padało.

Jakie next-stepy?

Po załatwieniu kwestii rozrusznika (która sprawi, że zbiednieję o kolejne kilka stówek), sprawa remontu samochodu na moment zejdzie z agendy, bo czeka mnie majowy wyjazd do Rumunii. Jednak po powrocie z kraju Vlada Tepesa, a także lekkim odkuciu finansowym, trzeba będzie zająć się kolejnymi. Cóż to będzie konkretnie?

  • Do końca muszę załatwić legalizację dokumentów. Procedurę już znam i niestety nie obędzie się bez jeżdżenia do urzędów. Plus jest taki, że żaden z tych papierów nie wyciągnie mi z kieszeni więcej niż 300 zł, co będzie miłą odmianą. Poza tym przed samym wyjazdem do Rumunii udało mi się zamknąć tę sprawę w 80%.
  • Sprzątanie samochodu może wydawać się nieznaczącą kwestią… o ile nie stał on ponad 2 miesiące u mechanika. Wóz trzeba gruntownie umyć i odkurzyć, tym bardziej, że dość ważną rzeczą będą…
  • Blacharka i poprawki lakiernicze. Karoseria mojego busa jest wprawdzie w niezłym stanie, ale ruda nie śpi i trzeba zająć się paroma punktami, które najbardziej tego wymagają. W dłuższej perspektywie pewnie trzeba będzie pomalować całą puszkę, ale to raczej pieśń do zaśpiewania w przyszłym roku.
  • Jeśli chcę, żeby samochodem bez problemów mogła jeździć także Beata, to trzeba będzie dorzucić do środka wspomaganie kierownicy oraz właściwą kasetę skrzyni biegów. To pierwsze to w sumie dość tania i prosta sprawa, to drugie nawet bardziej, zakładając, że jakoś uda mi się dorwać właściwą kasetę. Na razie biegi w moim samochodzie trzeba UMIEĆ zmieniać, a sam uczyłem się tej czynności prawie miesiąc.
  • Do zrobienia jest też chłodnica – trzeba wymienić ją na nową, razem z kompletem przewodów. Głównie dla świętego spokoju.

Powyższe rzeczy budżetuję jeszcze na ten rok, wstępnie na przyszły zostawiając sobie kwestie estetyczne, takie jak podsufitka, nowe przednie fotele, meble do środka czy oświetlenie kabinowe (którego obecnie w ogóle nie mam). Niestety, problem z częściami do Transportetów typu 3 (podobnie jak do starszych) jest taki, że najlepiej kupować je wtedy, kiedy są, a nie wtedy, kiedy są POTRZEBNE. Z tego względu mam już na przykład nowiutki dachowy panel przedni, którego instalacją zajmę się najpewniej dopiero za dłuższy czas. Skoro jednak pojawił się na moment w sprzedaży, to po prostu nie mogłem tego zignorować.

Na motocyklowym marginesie

Być może koszty remontu Volkswagena nie byłyby dla mnie tak obciążające, gdyby nie to, że w tym samym czasie z warsztatu wrócił również mój motocykl. Moja ukochana Mandarynka dostała przez zimę nowiutki, głośny tłumik (pewnie w to nie uwierzycie, ale miałem na myśli przede wszystkim swoje bezpieczeństwo), resztę poprzednio olanego malowania, pełen przegląd oraz kilka mniejszych pierdół – wymienionych bądź zregenerowanych. Dzięki temu ta maszyna jest już bardzo bliska ideałowi, a do pełni szczęścia brakuje jej tylko remontu wycieku spod głowicy (w Suzuki XF650 to niestety „seryjna” usterka) oraz nowych opon. Te drugie moto dostanie zapewne już niedługo, a na remont silnika zaczeka chyba do kolejnej jesieni. W końcu poza wydatkami na pojazdy muszę mieć jeszcze hajs na ich (podróżnicze i nie podróżnicze) użytkowanie.

Suzuki XF 650 Freewind

Mandarynka wygląda coraz lepiej

W momentach takich, jak awaria rozrusznika tuż po przeglądzie technicznym, zaczynam się zastanawiać, czy zakup tak „starożytnego” samochodu był dobrym pomysłem. Trochę się nie dziwię, że parę osób pytało mnie już, czy nie sprzedałem go w cholerę po pół roku. Z drugiej strony, prowadzenie takiego klasyka to ogromna frajda, a w chwilach zwątpienia wizualizuję sobie (modne słowo!) to, jak może on wyglądać za 2-3 lata. Plus jest taki, że zupełnie niezbędne wydatki mechaniczne są już za mną, więc teraz mogę na spokojnie ciągnąć remont w swoim tempie, nie narażając się co miesiąc na dietę złożoną wyłącznie z kamieni. A przynajmniej taką mam nadzieję.

*Zdjęcie: Karol W.

REKLAMA:

Skomentuj czy coś: