Gruzińską autostradą wojskową do Kazbegi

O chuj ciężki, pomyślałem. Staliśmy na dworcu autobusowym nieopodal stacji metra Didube w Tbilisi. Z nieba lał się żar, było jakieś pierdyliard stopni, a my byliśmy niewyspani, bo poprzedniej nocy dojechaliśmy do hostelu dopiero o 1:00 w nocy. Na domiar złego, z sekundy na sekundę pokrywaliśmy się coraz grubszą warstwą kurzu, bo – jak na każdy szanujący się dworzec autobusowy na Kaukazie – na ten również poskąpiono asfaltu. Nasze zadanie było stosunkowo proste. Musieliśmy tylko znaleźć transport jadący w stronę Kazbegi. Utrudniało je jednak to, że żadnemu z nas nie przyszło wcześniej na myśl, by chociaż sprawdzić, czy alfabet gruziński nie różni się czasem od polskiego.

Jak się tu znaleźliśmy? Ano tak, że rok wcześniej – po moim powrocie z Indonezji – moja ówczesna kobieta sprezentowała mi na urodziny przewodnik Lonely Planet po Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie. Tym samym poniekąd nie pozostawiła mi wyboru co do celu następnego wyjazdu, jako że nie zwykłem trzymać w domu przewodników po krajach, w których jeszcze nie byłem lub być nie zamierzałem. Nie to, żebym narzekał. Już sam fakt tego, że Zosia miała preferencje wyjazdowe, bardzo mnie ucieszył. Niemniej, po trzech wyjazdach do Azji południowo-wschodniej, Kaukaz jawił mi się jako prawdziwa terra incognita, tym bardziej że w 2010 roku nie istniało jeszcze osławione połączenie lotnicze Katowice-Kutaisi. Na miejsce musieliśmy dostać się więc linią Air Baltic, w międzyczasie wydając dziki hajs na pizzę na lotnisku w Rydze.

Tak czy owak, byliśmy na dworcu autobusowym i jakoś trzeba było się z niego wydostać. Preferowaliśmy Kazbegi, ale już po 10 minutach było nam właściwie wszystko jedno, bo spod warstwy ziemi i spalin ledwo wiedzieliśmy własne twarze.

Na ratunek przyszedł nam śniady i szczupły jegomość, który przedstawił się jako Bejan (Bejżan). Zwęszywszy naszą desperację i zauważywszy kompletny brak zrozumienia oznaczeń na rozkładach jazdy, zaproponował nam przejazd do Kazbegi za kwotę 20 GEL od osoby. W owym czasie kurs gruzińskiego lari kształtował się na poziomie około 2 zł za 1 GEL, także kwota ta wydała nam się niewygórowana, tym bardziej, że do przejechania mieliśmy ponad 150 km. Mój łamany rosyjski pozwolił zbić cenę jeszcze o 5 GEL od osoby i już po chwili ładowaliśmy majdan do bagażnika rozklekotanej Łady.

Szybko okazało się, że nie będziemy jedynymi pasażerami Bejana. Jednocześnie przekonaliśmy się, jak cudowną sprawą jest w Gruzji choć pobieżna znajomość języka rosyjskiego. Oto obok samochodu stanął niepozorny gość w okularach, którego szybko ochrzciliśmy amerykańskim frajerem. Amerykański frajer spytał naszego kierowcę po angielsku, ile bierze za kurs do Kazbegi. Bejan spojrzał na nas i poprosił o przetłumaczenie, którą to prośbę spełniłem. Bez mrugnięcia powieką, nasz sprytny kierowca przekazał, że od nowego pasażera chce 70 GEL i ani lari mniej. Cenę tę przekazałem amerykańcowi, jednocześnie szybko wspominając, że gość robi go w wała. Amerykanin nie przejął się tym za bardzo – stwierdził tylko, że da 60 GEL i będzie zadowolony. W związku z takim podejściem, postanowiłem położyć laskę na jego bezpieczeństwie finansowym i z kamiennym spokojem obserwowałem, jak – po uzgodnieniu ceny – rzuca swój bagaż obok naszych. Bejan ruszył wreszcie z uśmiechem na ustach. Nie dziwiłem się zbytnio, w końcu od jednego gościa zza oceanu wziął dwa razy tyle kasy, co od dwójki Polaków.

Bejan i ferajna

Bejan, gruby ja i Amerykański frajer*

Ananuri

Jeszcze przed wyruszeniem w drogę, Bejan stwierdził, że nie będzie robił baby i pokaże nam kilka ciekawych punktów po drodze do Kazbegi. Byliśmy z tego bardzo zadowoleni, tym bardziej, że pierwszym przystankiem była pocztówkowo ulokowana twierdza Ananuri.

Gruzja - Ananuri

Twierdza Ananuri*

Historia Ananuri w skrócie

Ulokowana na brzegu rezerwuaru Zhinvali twierdza należała kiedyś do książąt Aragvi, rządzących na tym terytorium od XIII wieku. W 1739 roku książę z konkurencyjnej rodziny puścił twierdzę z dymem, oczywiście bezpardonowo mordując jej mieszkańców. Zwycięstwem cieszył się tylko 4 lata, bowiem po tym czasie lokalny plebs wlazł mu na chatę i go dziabnął. Zresztą, lokalny plebs należał generalnie do plebsu niezbyt zdecydowanego, bowiem kilka lat później powstał jeszcze raz i wypierdolił z twierdzy kolejnego władcę, którego wcześniej sam tam obsadził. Po pewnym czasie Ananuri straciła swoją strategiczną pozycję i została opuszczona.

Ananuri nie jest fortecą wielką, ale stanowiło nasze pierwsze zetknięcie się z gruzińską architekturą. Dwa ulokowane wewnątrz, pochodzące z XVII wieku kościoły, ozdobione są oryginalnymi freskami, a na najwyższą wieżę budowli można wejść, by złapać trochę malowniczych widoczków. Ja zapewne zapamiętałym Ananuri właśnie z nich, gdyby nie jeden dziwny incydent…

Ananuri - widok z wieży

Taki widok rozciąga się z najwyższej wieży twierdzy

Mianowicie, w pewnym momencie Bejan odciągnął mnie na bok i wcisnął mi w dłoń 15 GEL. Na moje pytające spojrzenie odpowiedział szczerbatym, lekko tylko sczerniałym uśmiechem, po czym oznajmił, że razem zrobimy amerykańca w wała. Moim zadaniem było – po dojechaniu do Kazbegi – oddanie naszemu kierowcy 15 lari, które mi wręczył. Bejan liczył na to, że Amerykaniec poczuje się do przekazania napiwku od siebie, tym samym dając się naciągnąć na jeszcze większą kasę. Nie chcąc ryzykować konieczności szukania noclegu w Ananuri, zgodziłem się na taki układ. Nie byłem z tego powodu bardzo dumny, ale doszedłem do wniosku, że gość zza oceanu raczej nie zbiednieje, a my będziemy mieli zagwarantowany spokój i wdzięczność naszego kierowcy. Tak – trochę się teraz tego wstydzę.

Gruzińska autostrada wojskowa

Kiedy w XIX wieku Ruscy weszli na Kaukaz i narobili w nim niezłego rozpierdolu, postanowili połączyć swój piękny, pusty kraj z tym, co zastali na miejscu. Wynikiem tego była budowa długiej, nieźle zabezpieczonej autostrady wojskowej, która do dnia dzisiejszego jest jedyną drogą dojazdową do Kazbegi, będącego zresztą w praktyce ostatnim miastem przed zamkniętą granicą z Rosją. Od okolic Ananuri droga dość gwałtownie wspina się pod górę, od czasu do czasu dzieląc się na dwie nitki, z których jedna zawsze znajduje się w tunelu. Owe tunele miały zagwarantować przejezdność trasy w okresie zimowym, ale dziesięciolecia zaniedbań sprawiły, że często bardziej niebezpiecznie jest wjechać do tunelu, niż pozostać na otwartej przestrzeni. Mimo to, Gruzińska autostrada wojskowa nadal gwarantuje wspaniałe widoki i odruchy wymiotne u posiadaczy co delikatniejszych żołądków.

Gruzja - autostrada wojskowa

Jeden z przystanków po drodze*

Gudauri i okolice

Sama miejscowość Gudauri jest może najważniejszym gruzińskim ośrodkiem narciarskim, w ostatnich czasach coraz bardziej zyskującym na znaczeniu, natomiast krajobrazowo raczej leży. Wystarczy jednak zatoczyć wokół niej krąg o średnicy 30-40 km, by natknąć się na dziesiątki świetnych punktów widokowych, w których będziecie na zmianę robić foty i zbierać wypadające z wrażenia odbyty.

Gruzja - punkt widokowy

Jeden z najbardziej charakterystycznych punktów widokowych na trasie*

Do tego dochodzą takie atrakcje, jak wapienne wodospady, niewielkie, usytuowane na wzgórzach kościółki i wieże, czy – last but not leastujęcia wysoko zmineralizowanej wody. Po wizycie na brzegu jednego z nich, jeszcze długo nie mogliśmy pozbyć się z ubrań charakterystycznego, siarkowego smrodku zgniłych jaj, który mi osobiście kojarzy się z wodą Zuber wprost z Krynicy Górskiej.

Gruzja - wieża na drodze

Piknik pod stojącą wieżą*

Po około 4 godzinach podróży spektakularną, skąpaną w słońcu trasą, dojechaliśmy wreszcie do Kazbegi, gdzie z kwaśną miną wręczyłem naszemu kierowcy dodatkowe 20 GEL, z których 15 po prostu mu zwracałem. Amerykanin oczywiście dał się nabrać i dorzucił 10 GEL od siebie, co nieco mnie zasmuciło, ale jednocześnie rozbawiło. Zachwycony Bejan podrzucił nas w bonusie do zaprzyjaźnionego homestaya, gdzie kazał uraczyć nas poczęstunkiem. Na „skromną” kolację składało się tyle pieczonych ziemniaków, warzyw i owoców, że musieliśmy potem skonsumować po 3 browary na głowę, żeby w ogóle poczuć wpływ alkoholu. Ale może to i lepiej – w końcu następnego dnia mieliśmy wybrać się pod najsłynniejszą atrakcję turystyczną Gruzji, czyli kościół Tsminda Sameba.

*zdjęcia autorstwa Zosi K.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne notki o Gruzji lub polubić mój blog na Facebooku, gdzie na bieżąco informuję o nowych wpisach i wrzucam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Skomentuj czy coś:

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.