6 rzeczy, które trzeba spakować na zimową wyprawę na północ

Zimowa wyprawa na daleką północ – nawet kilkudniowa – wymaga nieco innego podejścia niż „standardowy” wyjazd. Jej specyfika wymaga od zainteresowanego wzięcia pod uwagę kilku czynników, z którymi zazwyczaj nie spotykamy się jadąc choćby na weekendówkę do Europy czy nawet na 2-3 tygodnie gdziekolwiek w kierunku południowym. Czynnikami tymi są przede wszystkim: ogólnie pojęte warunki pogodowe, planowane aktywności oraz – co czasem bywa największym zaskoczeniem – ceny na miejscu. Tak się jakoś składa, że kierunek północny jest dla Polaków tym najdroższym. Norwegia, Szwecja, Finlandia czy Islandia to kraje, w których średnie ceny potrafią dojść do trudno wyobrażalnych poziomów. Ja sam – pomimo kilkukrotnych odwiedzin w Norwegii – za każdym razem jestem w szoku, kiedy za głupie pół litra Coli daję tam tyle, co za 8 litrów w Polsce. Z tego i paru innych względów postanowiłem poświęcić kilka słów zagadnieniu pakowania się na zimowy wyjazd na północ i skompilować listę nieoczywistych rzeczy, których zabranie na wyjazd wydatnie (i pozytywnie) wpłynie na odczuwaną na miejscu satysfakcję.

Przez „rzeczy nieoczywiste” rozumiem przede wszystkim takie, które były nieoczywiste dla mnie. Czytaj: potrzeba ich spakowania została mi zasygnalizowana przez konkretne osoby trzecie lub internet. Jeśli zdarza Wam się jeździć zimą w góry, to pewnie nie odkryję przed Wami Ameryki. Listę uzupełniam kilkoma przedmiotami, których podczas naszego zimowego wyjazdu do Tromso nie mieliśmy (z takich lub innych przyczyn), a które poniewczasie uznałem za przydatne.

1. Odpowiednie ciuchy

Odpowiednie ubranie ochronne podstawą udanego pożycia z matką naturą… zwłaszcza w zimie.

W przypadku ubrań jak zwykle najlepiej sprawdza się taktyka „na cebulkę” – modną puchówkę z włochatym kołnierzykiem zostawiamy w domu, a do plecaka pakujemy kilka cieńszych warstw, które w razie potrzeby będziemy na siebie wdziewać. Takie rozwiązanie ma kilka zalet:

  • Po pierwsze – gruba kurtka jest najczęściej niewygodna, jeśli wchodzimy na jakiś pagórek z zamiarem uwiecznienia widoków i musimy tachać ze sobą jakąś torbę czy plecak.
  • Po drugie – nic tak nie rozgrzewa jak dobry trekking, a gruba, „nierozbieralna” kurta to najszybsza droga do totalnego przegrzania się i hektolitrów potu spływającego po plecach.
  • Po trzecie – dodatkowy polar wzięty ze sobą na pieszy wypad jest nieodzowny kiedy już dojdziemy na miejsce i sterczymy z aparatem czekając na TEN WŁAŚCIWY MOMENT.

Minusem klasycznej, polskiej cebulki jest to, że Wasz bagaż – o ile lecicie tylko z podręcznym, co u mnie miało miejsce w przypadku marcowego wypadu do Tromso – na pewno się nie zmniejszy. Dobrze jest więc mieć na tę okazję set sprawdzonych ubrań, a nie dopiero na miejscu testować odpowiednie rozwiązania.

U mnie dobrze sprawdził się grubszy podkoszulek termiczny, na to średnio-gruby polar (250 powinien wystarczyć – oferuje chyba najlepszy współczynnik objętość-ciepło) i wreszcie porządny softshell na – również polarowej – podszewce i z kapturem. Na nogach przez większość czasu miałem mało wyględne, ale ciepłe spodnie z podszewką, ale wiem, że ludzie mniej bojący się o swoją męskość wybierają porządne rajtuzy. W takim zestawie bywało mi chłodno jedynie zaraz po wyjściu z ogrzewanego samochodu, ale już po przejściu parudziesięciu metrów wszystko wracało do normy. A temperatury oscylowały czasem w granicach -20°C.

Poza zestawem na korpus i nogi nie należy zapominać o czapce – nie za grubej i nie za cienkiej. To, czego sam nie wziąłem, a potem żałowałem, to jakaś chustka na twarz, przydatna zwłaszcza podczas dużego wiatru. Brodacze obędą się bez niej, ale w przypadku kobiet i mniej modnych przedstawicieli męskiej populacji, jest to moim zdaniem nieodzowny dodatek.

Co spakować zimą na północ - ubrania

Chustka na ryj albo broda – Ty wybierasz!

Co ciekawe, wszyscy uczestnicy naszego norweskiego wypadu zauważyli, że odpowiedni dobór odzienia wierzchniego owocuje niemal zerową perspiracją (trudne słowo!). Z umiarkowanie wymagających trekkingów wracaliśmy suchutcy, co nie jest może czymś totalnie niezbędnym, ale wydatnie wpływa na komfort działań post-spacerowych.

Wreszcie, wśród Waszych „północnych” ciuchów powinno znaleźć się coś jeszcze, a jest to element na tyle ważny, że poświęcę mu oddzielny punkt. Chodzi mianowicie o…

2. Porządne buty i skarpety

Ciepła stopa to stopa zadowolona

… dlatego na północy warto mieć na sobie porządne buty. Wszelkiego typu obów zakupiony na promocji w hipermarkecie odpada. Polecam po prostu kupić jedne porządne, wysokie buty, ale – uwaga – niekoniecznie turbo-zimowe. Ja sam już od kilku lat użytkuję trekkingowe Lafumy, za które swego czasu dałem niemałe pieniądze. Ich zaletą jest powłoka z Gore-Texu, której nieprzemakalność jest tak naprawdę znacznie mniej ważna niż zdolność odprowadzania wilgoci. W połączeniu ze standardową, niskokosztową skarpetą trekkingową ze znanej sieciówki sportowej, moje buty stworzyły wygodny, ciepły i (co chyba najważniejsze) wiecznie suchy zestaw, którego nie zdejmowałem praktycznie od świtu do zmierzchu. Pomimo tego, obyło się bez pokojowych, wieczornych walk o wystawianie butów do innego pomieszczenia, co zawsze jest dodatkowym plusem.

Szczerze napiszę również, że z 4 kompletów skarpet, które zabrałem na wyjazd, wykorzystałem tylko dwie. Podobnie zresztą było z koszulkami termicznymi, a powodem takiej „oszczędności” był wspomniany wcześniej brak pocenia się. Summa summarum jeśli w przyszłości będę jeszcze wybierał się zimą na północ (a zdecydowanie tego nie wykluczam), to na pewno zabiorę trochę… MNIEJ ciuchów.

3. Raczki i stuptuty

Wymóg wzięcia raczków zasygnalizował mi Karol z Kołem się toczy, za co będę mu niezmiernie wdzięczny. Zimowa północ to północ oblodzona, a ja do tej pory właściwie nie zdawałem sobie sprawy, że istnieje coś takiego jak wersja baby „prawdziwych”, dużych raków. Ten element ekwipunku wydatnie pomógł mi podczas trekkingów i nawet pomimo tego, że ich zakładanie kojarzy mi się z wkładaniem butów narciarskich (której to czynności nie znoszę), to ostatecznie była to udana inwestycja.

Rodzajów raczków jest kilka. Ja ostatecznie nabyłem takie, jak na zdjęciu poniżej, a dodatkowo udało mi się kupić je za mniej niż 50 zł (później widziałem już tylko drożej). Te konkretne charakteryzują się obecnością kolców na całej podeszwie, ale istnieją również raczki pod postacią jednej, dużej ostrogi (na śródstopiu) czy warianty w ogóle pozbawione kolców (zamiast nich jest „rusztowanie” z tworzywa gęsto pokryte drutem). Nasz skład blogerski doszedł na wyjeździe do wniosku, że opcja z kolcami jest chyba najbardziej efektywna.

Co spakować zimą na północ - raczki i stuptuty

Moje raczki na tle stuptutów

Stuptuty to „luksus”, który miałem na wyposażeniu od czasów wyjazdu na Svalbard, ale do wyjazdu do Tromso leżały w szafie jeszcze z metką ze sklepu. Nie jest to coś niezbędnego, ale jeśli nie ufacie szczelności Waszych spodni, to jest to niezły pomysł, tym bardziej że sieciówkowe stuptuty to niewielki wydatek. Na pewno będzie Wam nieco cieplej i bardziej sucho. Jeśli jednak planujecie używać ich częściej, to polecam wersję ze skórzanym, bardziej wytrzymałym paskiem. Mój jest plastikowy i lakierowany, także spodziewam się, że przy intensywnym użytkowaniu szybko by się połamał, a ostatecznie wreszcie urwał.

4. Generator wrzątku

Pod tą zagadkową nazwą kryje się jakiekolwiek urządzenie, które zapewni Wam w miarę bieżący dostęp do gorącej wody. Ta ostatnia będzie nieodzowna, jeśli podczas trekkingów będziecie chcieli napić się gorącej herbaty albo zjeść jakiś liofilizat (o tym niżej).

Nasz skład Tromso miał sobie poradzić z tą kwestią za pomocą kuchenki benzynowej Karola, ale nadgorliwi polscy celnicy skutecznie uniemożliwili nam jej użycie (tutaj możecie posłuchać o szczegółach, a także o ogólnym pechu wyjazdowym jednego z nas). Ostatecznie zakupiliśmy – uwaga – najtańszy czajnik elektryczny (kosztowało nas to 100 NOK, czyli jakieś 50 zł) i zagrzewaliśmy wodę przed wyjazdem z hotelu, na potęgę wlewając ją do termosów. Jeśli się skończyła, to na ostatniego żebraka prosiliśmy o wrzątek w mijanych lokalach gastronomicznych… a nawet domach prywatnych. Od biedy podobną rolę może pełnić zwykła, oldschoolowa grzałka, której każde użytkowanie oznacza zazwyczaj zwiększenie hotelowego rachunku za prąd o jakiś pierdylion procent.

Czajnik w torbie

Ostatnie zdjęcia naszego czajnika, który – mamy nadzieję – trafił w dobre ręce

Jeśli nie dysponujecie (dość drogą i – jak się okazuje – delikatną) kuchenką benzynową, to niezłym pomysłem będzie zabranie kuchenki gazowej. Kartridże z gazem są szeroko dostępne na północy Europy i dość wydajne, chociaż na pewno zapłacimy za nie więcej niż w Polsce. Pamiętajmy tylko, żeby paliwa do gazówki nie zabierać z Polski, bo przewożenie butli gazowej samolotem jest zabronione.

5. Żarełko

To kwestia związana tak naprawdę tylko i wyłącznie z kosztami jedzenia na północy, a już zwłaszcza w Norwegii. Pakując się na wyjazd, warto przeznaczyć sporą część plecaka na zakupione w Polsce produkty żywnościowe, bo inaczej może szybko okazać się, że jesteście do tyłu z budżetem.

Jeśli chodzi o szeroko pojęte śniadania, to doskonale sprawdzą się suche kiełbasy i wszelkiego typu produkty puszkowane – ja zazwyczaj stawiam na ryby w przeróżnych sosach, bo na widok klasycznej konserwy turystycznej dostaję natychmiastowego odruchu wymiotnego. Wprawdzie przewożenie półpłynnych produktów w lotniczym bagażu podręcznym jest obarczone pewnym ryzykiem (celnicy mogą się przyczepić), ale jak do tej pory ewentualne problemy zdarzały mi się raczej podczas odpraw powrotnych niż tych w Polsce… a wtedy z puszkowanymi rybami można już rozstać się bez większego żalu.

Obiady załatwialiśmy w Tromso liofilizatami. Szerzej o nich możecie poczytać tutaj, ale warto pamiętać, że te kilka złotych więcej wydanych na jedną porcję może zaowocować naprawdę sporą poprawą walorów smakowych. Suchy obiad za 25 zł często smakuje po zalaniu jak mokra i ciepła tektura, podczas kiedy ten za 30+ zł to już nie tylko pełnowartościowy, ale także całkiem smaczny posiłek. Plusem liofilizatów jest także to, że do ich konsumpcji nie musicie mieć nic poza łyżką i dostępem do gorącej wody. Zazwyczaj przygotowuje się je wprost w opakowaniu, także wszelkiego typu menażki czy kubki są zbędne.

Liofilizowane jedzenie Travellunch

Liofilizowane jedzenie Travellunch

Wreszcie, na trekkingi i dłuższe spacery warto zaopatrzyć się w jakieś batoniki energetyczne i czekolady. Spadający cukier nie powinien być tym, co spędza Wam sen z powiek na północy, zwłaszcza kiedy stoicie na szczycie góry, na którą wtarabanialiście się przez ostatnie dwie godziny.

Do kwestii jedzenia w Norwegii i tego, jak uzupełnić w tym kraju kalorie niewielkim kosztem, wrócę jeszcze w osobnym tekście. W końcu każdy plecak ma ograniczoną pojemność. Tu natomiast już teraz możecie zapoznać się z moim wpisem na temat budżetowych wyborów żywieniowych w Szwecji.

6. Sprzęt fotograficzny

Last but not least, nie ważcie się wyruszać na zimową północ bez porządnego aparatu fotograficznego – a już na pewno, jeśli macie ochotę upolować zorzę polarną.

O tej kwestii szerzej pisałem już w swoim poradniku zorzowym, dlatego w tym miejscu wspomnę tylko, że jadąc zimą na północ warto zabrać ze sobą sprawdzony statyw, zapasowe karty pamięci i filtry: ND i polaryzacyjny (nawet w zimie słońce potrafi tu wyprawiać niesamowite cuda). Dobrym pomysłem będzie też opracowanie jakiegoś sposobu na ogrzewanie baterii, chociaż w większości przypadków sprawdzi się po prostu trzymanie ich blisko ciała lub incydentalne włożenie w gacie. Ja następnym razem zapewne zainwestuję w jakiś mały ogrzewacz, bo kilkukrotnie zdarzyła mi się potrzeba wymiany zimnej baterii po zrobieniu zaledwie kilku zdjęć.

Co spakować zimą na północ - sprzęt fotograficzny

Pustą drogę też trzeba czymś fotografować…

Podobała Ci się ta notka? Poczytaj inne moje wpisy o Norwegii, Szwecji lub o Svalbardzie! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0