Biegiem po Szanghaju

Szanghaj – nowoczesność i tradycja, Azja i Europa kolonialna w pigułce, sraty i dupaty. Skyline jego dzielnicy biznesowej to niewątpliwie jeden z najlepiej rozpoznawalnych widoków na świecie, a każdy turysta znajdzie w tym mieście atrakcje, które pozwolą mu zająć się czymś co najmniej przez tydzień.

Z tego powodu – oczywiście – spędziliśmy w nim zawrotne półtora dnia. A co.

Faszysta M. tak zaplanował nam pobyt, że już od pierwszych godzin zmuszeni byliśmy myśleć o wyjeździe. Po tym, jak wysiedliśmy ze sleepera, praktycznie od razu kupiliśmy bilet kolejowy do Guilin. Już kolejnego dnia po południu mieliśmy wsiąść do pociągu (tym razem sypialnego – przygoda z przejazdem do Chongquing jednak czegoś nas nauczyła) i udać się do mekki chińskiej turystyki backpackerskiej.

Tym czasem jednak wysiedliśmy w zatłoczonym, potężnym mieście i pomimo faktu, że przez ostatnie kilka dni nie wysypialiśmy się praktycznie w ogóle (czy to przez szczury, czy to przez wrzeszczącego handlarza zupkami błyskawicznymi), postanowiliśmy do cna wycisnąć swój czas na miejscu.

Po zainstalowaniu się w hotelu (znowu!) wraz z przygodną grupką Polaków (której członkiem była, jak się potem okazało, znajoma moich rodziców), od razu wystrzeliliśmy na miasto. M. doszedł do wniosku, że pierwszą noc w cywilizowanym miejscu należy jakoś uczcić, więc wystroił się jak choinka w Laponii i zaciągnął nas do szykownego lokalu. Szykowny lokal, prócz tego, że szykowny, nie zaoferował nam nic, co urwałoby nam przysłowiową dupę. Ponadto pierwszy raz od wielu dni dostaliśmy do posiłku „normalne” sztućce, a nie pałeczki. Słowo daję, poczułem się obrażony.

Szanghaj - dzielnica handlowa

Można dostać oczopląsu*

Po posiłku postanowiliśmy przejść się dzielnicą kolonialną. Nie dysponując przewodnikiem (bo ukradli) kręciliśmy się po niej jak ślepy po cukierni, szukając czegoś ciekawego, co dodatkowo byłoby darmowe. Zaczęło nam bowiem wysychać źródełko z kasą. Spacer, jakkolwiek przyjemny, nie przyniósł znaczących efektów jeśli chodzi o atrakcje. Swe kroki skierowaliśmy więc do dzielnicy handlowej.

To było moje pierwsze zetknięcie się z typowo azjatyckimi ulicami handlowymi, więc – mówiąc krótko – szokłem. Zalew lokalnych i zagranicznych marek nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, jak miałoby to miejsce teraz (teraz bowiem jestem zepsutym dzieckiem konsumpcjonizmu), jednak kilka przybytków sprawiło, że miałem poważne problemy z domknięciem szczęki. Niczego innego nie można jednak spodziewać się po mieście, w którym (dwa lata po naszej wizycie) powstało (a następnie zamknęło się) sześciopiętrowe centrum handlowe dedykowane wyłącznie lalce Barbie. Sklepy firmowe Hello Kitty, Supermana czy europejskich drużyn piłkarskich czekały na nas na każdym rogu, podobnie jak azjatyckie wydania płyt CD, śmiesznie tani sprzęt elektroniczny i wiele innych dóbr. Jak wspomniałem jednak, z kasą powoli zaczynało być cienko, a ja nie czułem aż takiej presji, więc kupiłem sobie ekskluzywne wydanie płyty Vanessy Mae i na tej gejowskiej aktywności poprzestałem.

Spokojnym spacerem doszliśmy wreszcie do wody, za którą rozciągał się widok na wspomnianą wcześniej Perłę Orientu i dzielnicę biznesową. Powiem szczerze – cieszyłem się jak dziecko. Na kimś, kto do tej pory jeździł tylko po Europie miasto robi pioruńskie wrażenie – gwarem, oświetleniem i ogólnie pojętą „cywilizacją”, która włazi człowiekowi na głowę na każdym rogu. Klimat lekko burzył fakt tego, że O. strzeliła focha z powodu niekupienia jej wiatraczka z Hello Kitty, ale postanowiłem tym razem olać sprawę i cieszyć się życiem.

Szanghaj - na wybrzeżu

Klasyk z rozmytymi światłami*

Szanghaj nocą był świetny, nawet pomimo pominięcia przez nas konkretniejszych nocnych atrakcji. Nie byliśmy w żadnym klubie ani barze, bowiem – wstyd powiedzieć – wtedy jeszcze jakoś mnie to nie kręciło.

*zdjęcia autorstwa M.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+0