Longyearbyen – „stolica” Svalbardu, cz. 1

Longyearbyen bywa najczęściej nazywane stolicą Svalbardu. Jest to oczywiście nadinterpretacja, bo cały archipelag formalnie należy do Norwegii, niemniej jeśli mielibyśmy wskazywać jedno osiedle, które pełni na wyspach najważniejszą rolę, to byłoby to właśnie Longyearbyen, czy też – potocznie – Longyear.

Trochę historii

Historia Longyearbyen nie zaczęła się specjalnie dawno temu, bo dopiero w 1901 roku, kiedy to amerykański biznesmen, niejaki John Munro Longyear (można śmiało założyć, że nie był człowiekiem specjalnie skromnym), wylądował w okolicy wraz z rodziną, podczas wakacyjnego rejsu. Wcześniej na tym obszarze działały przede wszystkim drużyny wielorybnicze, które nie rozglądały się za bardzo po lądzie (pewnie były pijane), więc to właśnie John jako pierwszy zwrócił uwagę na fakt, że pod nogami plącze się mnóstwo czarnych kamieni. Kamienie te, jak się okazało, były węglem o jednym z najczystszych składów na świecie. W 1904 roku okolica już należała do Longyeara, który kupił ją od norweskiej (i – prawdopodobnie – mało rzutkiej) firmy, po czym otworzył kilka kopalni. Interes – pomimo towaru dobrej jakości – nie szedł zbyt dobrze, głównie ze względu na duże trudności z wydobyciem surowca. Górnicy pracowali w bardzo ciężkich warunkach – wydobywali surowiec w pozycji leżącej, narażeni na tąpnięcia i wszędobylski pył węglowy. Nasz John najwyraźniej nie należał do ludzi cierpliwych, bo już w 1916 odsprzedał cały biznes firmie Great Norwegian Spitsbergen coal company (w skrócie SNSK) i poszedł w czorty, zostawiając za sobą miasto noszące jego imię (Longyear City). Można powiedzieć, że tak czy owak odniósł pewnego rodzaju sukces, trwale odciskając swoje piętno na mapie świata.

Longyearbyen - pomnik górnika

Jeden z kilku pomników upamiętniających pracujących w tutejszych kopalniach górników. Za nim – supermarket Svalbardbuttiken (z lewej) i centrum handlowe

 W 1925, po podpisaniu Traktatu Spitsbergeńskiego, regulującego m.in. prawa do osiedlania się w archipelagu obywateli różnych narodowości, Longyear City stało się siedzibą norweskiej administracji, na czele z Sysselmanem, czyli tutejszym „burmistrzem”. W pierwszych dniach funkcjonowania nowa stolica nie prezentowała się specjalnie imponująco – zamieszkiwało ją zaledwie 230 osób, w tym 37 kobiet z dziećmi. 10 lat później populacja była już podwojona, by w 2011 roku osiągnąć liczbę ponad 2000 osób pochodzących z ponad 40 krajów.

W międzyczasie jednak miejscowość praktycznie przestała istnieć. W 1943 roku niemal doszczętnie zniszczyli ją Niemcy (pewnie się zgubili) – na szczęście większość ludności została ewakuowana jeszcze w roku 1941. Niemniej, ponad 10 lat później na spitsbergeńskiej ziemi musiał lądować pierwszy samolot cywilny (mający ewakuować bardzo chorego Norwega), co zaowocowało zbudowaniem prowizorycznego lotniska. W 1975 roku, pomimo silnego oporu Sowietów, lotnisko zostało rozbudowane. W tym czasie miasto nadal się rozwijało, bazując głównie na wciąż funkcjonującym przemyśle węglowym, który jednak – z ekonomicznego punktu widzenia – nie był specjalnie opłacalny. Sytuacja diametralnie zmieniła się w latach 80′ XX wieku, kiedy miejscowa ludność stwierdziła (dość) masowy napływ turystów. W Longyearbyen (Norwegowie nie lubią zmieniać map, więc „City” przekształcili po prostu na „byen”) powstawały hotele i domy noclegowe, podczas kiedy kolejne, niedochodowe kopalnie były zamykane. Do czasów obecnych dochrapała się tylko jedna z nich – Gruve (Kopalnia) 7, wydobywająca węgiel przede wszystkim na potrzeby miasta, a resztę eksportująca. W kopalni tej pracuje obecnie zaledwie ok. 20 górników, jako że większość procesu wydobywczego jest zautomatyzowana. Jak łatwo się domyślić, w dzisiejszych czasach większość pieniędzy trafia do Longyear za pośrednictwem turystów, przybywających na miejsce przede wszystkim na statkach wycieczkowych. Miasto pozostaje ośrodkiem administracyjnym Norwegii, stanowiącym swego rodzaju footprint tego kraju na archipelagu – tym ważniejszy, że Rosja cały czas pozostaje aktywna w jego obrębie.

Okolice Longyearbyen - zniszczona maszyna górnicza

Świadectwo porzuconego przemysłu – zniszczona maszyna górnicza kilka minut spaceru od miasta

Mieszkańcy Longyearbyen

Ludność zamieszkująca miasto to jeden z najpotężniejszych miksów narodowościowych, na jaki można się natknąć na naszej planecie. Przeważającą większość stanowią – oczywiście – Norwegowie (w tym roku było ich na miejscu około 1450), tuż za nimi plasują się Szwedzi (ok. 130 osób), a podium zamykają… Tajowie. Tak jest – TAJOWIE, których na Svalbardzie mieszka niemal 120.

Historia tej mniejszości jest oczywista dla kogoś, kto chociaż raz był w Tajlandii. Otóż, w 1960 roku na Spitsbergen zawitał pewien jegomość, swego czasu hajtnięty z jakąś urodziwą Tajką (oby). Niewieście tak spodobało się na miejscu, że czym prędzej zaprosiła na Svalbard swoją rodzinę, ta skrzyknęła rodzinę dalszą i lepszych znajomych, po czym bum! I mamy ponad 100 Tajów. Odkładając na bok zagadnienia związane z różnicami klimatycznymi, warto wskazać, że ta mniejszość narodowa to w Longyear bardzo ważna grupa społeczna, organizująca własne festyny i uroczystości, a jednocześnie dobrze wmieszana w ludność „miejscową” (niedawno urodziło się pierwsze tamtejsze pokolenie, które na oczy nie widziało Tajlandii). Mimo to jednak, tutejsi przedstawiciele rasy żółtej osiedlają się w sporym oddaleniu od centrum, przede wszystkim na zachód od lotniska, a ich (niejednokrotnie imponujące) domy można łatwo rozpoznać – dumnie powiewają przed nimi flagi kraju pochodzenia. Nie muszą się jednak martwić swoim wyobcowaniem, bowiem poza nimi na Svalbardzie mieszka ponad 40 Filipińczyków. Tych to wszędzie pełno.

Okolice Longyearbyen - tajski dom

Tajowie, jak widać, bardzo sobie cenią przestrzeń osobistą

Czekacie na Polski akcent? I bardzo dobrze! Poza polską bazą na Hornsundzie, obsadzoną niemal cały czas przez jakąś polską załogę, na Spitsbergenie mieszka ok. 25 obywateli naszego kraju, co stanowi dość spory odsetek tutejszej ludności. Poza Polakami, na miejscu możemy spotkać Holendrów, Niemców, Brytyjczyków czy Islandczyków, a jednoosobowe reprezentacje mają nawet takie kraje jak Argentyna, Irak, Syria czy Urugwaj. Dość powiedzieć, że ta mieszanka kulturowa doskonale się dogaduje, być może ze względu na fakt, o którym piszę poniżej.

O czym mowa? Ano o tym, że aby zamieszkać na Svalbardzie, trzeba – tylko i aż – mieć głowę na karku. Upraszczając, zgodnie z Traktatem Spitsbergeńskim na miejscu mogą bez ograniczeń osiedlać się (i pracować) obywatele wszystkich państw-sygnatariuszy (jest ich obecnie 42), o ile tylko są w stanie zapewnić sobie środki do życia. To zadanie jest o tyle trudne, że pracy w Longyear (i okolicy) nie ma zbyt dużo, a niewielu freelancerów decyduje się na pracę zdalną właśnie stąd (pomimo bardzo szybkiego internetu, o którym pisałem tutaj). Niemniej, „skład” ludności miasta zmienia się co roku – zwłaszcza w sezonie letnim – kiedy do roboty przyjeżdżają rzesze spragnionych wrażeń studentów, zasilających szeregi kilku miejscowych firm turystycznych. Do tego dochodzą studenci (zaledwie 23% z nich ma Norweskie paszporty) oraz ludzie, którzy faktycznie mieszkają i pracują na miejscu od dłuższego czasu. Dzięki tej sytuacji, Svalbard może pochwalić się jednymi z najniższych na świecie wskaźników: bezrobocia, bezdomności (po 0%) oraz przestępczości (jakieś śmieszne promile… będące zresztą także przyczyną wyniku niezerowego).

Ilość urodzeń i śmiertelność? Również zerowa. W obu przypadkach mieszkańcy Longyearbyen transportowani są (przeważnie) na kontynent europejski, by tam odpowiednio dać nowe życie lub pozbyć się swojego. W obu przypadkach natura może oczywiście pokrzyżować plany rządu Norwegii, ale jeśli nagły poród albo niedźwiedź polarny nie zaskoczą Was w głuszy, to w Longyear oficjalnie ani nie urodzicie, ani nie wyzioniecie ducha. Zresztą, tutejsza placówka zdrowotna nie jest za bardzo przygotowana na żadną z tych dwóch opcji. Lekarzy jest od 2 do 3, chociaż sprzęt mają (podobno) pierwszej klasy – możecie liczyć na bardzo drogi stetoskop.

Nie zapominajmy także o turystach. Tych w Longyear przybywa z roku na rok, a w co bardziej ekstremalnych przypadkach statki przypływające do miasta potrafią czasowo podwoić ilość ludzi chodzących po ulicach. Turyści „statkowi” to zresztą zarówno błogosławieństwo, jak i przekleństwo Spitsbergenu. Z jednej strony, ich przybycie oznacza zburzenie ciszy i spokoju normalnie panujących w mieście; z drugiej jednak – zapewniają oni niezbędny społeczności zastrzyk finansowy oraz odrobinę rozrywki.

Longyearbyen - statek wycieczkowy

Takie molochy przybijają do brzegu 1-2 razy w tygodniu, a do nich dołącza cała masa mniejszych


Przeczytaj też drugą część tego wpisu, w której opowiadam o transporcie w mieście, jego zabudowie i tym, jak mieszkańcy Longyear radzą sobie z nudą.


Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Norwegiipolubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+2