Podsumowanie: Wyspy Owcze 2019

Wyspy Owcze były moim marzeniem podróżniczym od dość długiego czasu (czytaj – od mniej więcej dwóch lat, kiedy to wróciłem ze Svalbardu). Na ten piękny archipelag miałem udać się już rok temu, ale nierówne tory kolei losu sprawiły, że musiałem przekierować pociąg moich pragnień (lol) na bocznicę, z której wróciłem w kolejnym sezonie. Tym sposobem, w czerwcu 2019 roku, równo dwa lata po tym, jak po raz pierwszy zawitałem na dalekiej północy naszego globu, wróciłem na nią w wielkim stylu, choć w nieco mniej mroźnym miejscu.

Planowanie i skład grupy

Decyzja o wyjeździe na Faroje w tym roku zapadła już dobrych parę miesięcy temu, kiedy – przez zupełny przypadek – natknąłem się w internetach na wyśmienitą promocję lotniczą na ten kierunek. Bilety z Warszawy, przez Kopenhagę, dostępne były w cenie nieco poniżej 1000 zł w obie strony. Nie zastanawiając się długo, napisałem do dwóch ziomali, z którymi nieco wcześniej byłem już na Wyspie Man. Kierunek i klimat były (z grubsza) podobnie, więc nie musiałem długo czekać na odpowiedź. Po niespełna dwóch godzinach bilety były już zakupione. Sprawa była tym łatwiejsza, że niejaki Żuchwa już od dłuższego czasu chciał na Owce lecieć, a Adasiowi było w zasadzie wszystko jedno, byle na miejscu było ładnie.

Adam i Żuchwa na Wyspach Owczych

2/3 naszego składu oraz furka

Planowanie wypadu na Wyspy Owcze nie należało do najtrudniejszych. Archipelag jest stosunkowo mały, a my mieliśmy niemal tydzień na odwiedzenie jego najważniejszych punktów. Z grubsza gotowy plan, oparty na swoich standardowych źródłach, miałem gotowy na niemal miesiąc przed wyruszeniem na Owce, a prezentował się on następująco:

Plan - Wyspy Owcze

Klikalną mapę znajdziecie tutaj

Punktami w kolorze czerwonym oznaczałem te miejscówki, które w mojej opinii były spotami nie do przegapienia. Zielone stanowiły miły bonus, a szare właściwie z góry przeznaczyłem na straty – głównie dlatego, że dostanie się do nich wymagało większej ilości nakładów czasowych. Fioletem oznaczyłem wreszcie inne ważne punkty, w tym… sklepy z alkoholem. Podczas poszukiwań „owczych” atrakcji opierałem się głównie na zagranicznych stronach internetowych (włączając w to oficjalną stronę farerskiej organizacji turystycznej), kilku blogach oraz na przewodniku Faroe Islands wydawnictwa Bradt, które nigdy nie zawodzi, jeśli chodzi o bardziej niszowe kierunki. Z Bradtem pod pachem swego czasu udałem się już do Korei Północnej i na Svalbard i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to moja preferowana marka książkowych przewodników.

O ile jednak samo namierzanie atrakcji Wysp Owczych było łatwe, przyjemne i niezbyt czasochłonne, o tyle pod górkę miałem znacznie wcześniej, kiedy organizowałem nam noclegi, transport oraz atrakcje bardziej zorganizowane.

Noclegi

W noclegami na Owcach jest o tyle trudno, że jest ich po prostu MAŁO – przynajmniej, jeśli chodzi o opcje budżetowe. Pomny licznych w internecie ostrzeżeń, że dobre miejscówki trzeba rezerwować z wyprzedzeniem, nocleg zaklepałem nam na 2 miesiące przed wyjazdem… a i tak było to dość późno. Summa summarum, mieliśmy skończyć w hostelu w Vestmannie, za 5 nocy płacąc 3700 DKK, a więc całkiem sporo (a bardzo dużo jak na hostel).

Na parę dni przed wyjazdem otrzymałem jednak telefon od właściciela, który zaproponował mi dość niestandardowego deala. Z uwagi na overbooking obiektu w Vestmannie (położonego bardziej centralnie), proponował naszej grupie przenosiny do innego hostelu, zlokalizowanego nieopodal lotniska. W związku z jego mocno południową pozycją oraz przymusem każdorazowego przejeżdżania przez płatny (o czym zaraz) tunel, zaoferował rabat w postaci 700 DKK oraz darmową pościel (która w hostelach krajów skandynawskich niemal zawsze jest usługą dodatkową). Skuszony dość sporym upustem, zgodziłem się. Jeśli nie mielibyśmy wynajętego samochodu, byłaby to bardzo karkołomna decyzja, ale skoro mieliśmy dysponować własnym środkiem transportu, to baza z dala od centrum archipelagu nie wydawała mi się większym problemem. Na miejscu okazało się, że decyzja była słuszna, chociaż faktycznie spędzaliśmy w samochodzie nieco więcej czasu, niż na początku planowałem.

Giljanes Hostel

Nasza baza, czyli Giljanes Hostel

Przez moment rozważałem również możliwość spędzenia nocy w kilku miejscach na archipelagu, ale – biorąc pod uwagę jego wielkość oraz (ponownie) własny transport – uznałem to za zbędną stratę czasu. Zresztą i tak nie mieliśmy większego wyboru, a i budżet mógłby przestać się dopinać.

Transport

Tuż przed tym, jak zarezerwowałem nam nocleg, zacząłem szukać na miejscu taniej wypożyczalni samochodowej i… złapałem się za głowę. Okazało się bowiem, że za wynajem samochodu na miejscu zapłacimy więcej niż za noclegi. Na ten temat, podobnie zresztą, jak na kilka innych, powstanie jeszcze oddzielny wpis, ale już teraz wystrzelam się i ostrzegę, że wynajem samochodu na Wyspach Owczych to bardzo droga impreza. Prawda, za wysoką ceną idzie dobry standard aut (nasze Renault Clio nie miało przejechanych nawet 10 tys. kilometrów), ale do tej pory nie zdarzyło mi się jeszcze zapłacić ponad 2500 zł (nie licząc kaucji!) za 6 dni użytkowania samochodu. Całe szczęście, była nas trójka, ceny benzyny na Farojach są dość niskie, a do tego nie spala się jej na Owcach dużo, bo wszędzie jest dość blisko.

Renault Clio Wyspy Owcze

Samochód nie był zbyt wielki, ale dał radę

Co ważne, już na wejściu odrzuciłem oferty wszystkich popularnych, globalnych marek wypożyczalni samochodów, bowiem były one jeszcze mniej atrakcyjne. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na lokalny brand Faris, który zdecydowanie dał radę. Z tego, co się zorientowałem, jedyna opcją oszczędzenia na tym elemencie wyprawy było szukanie auta na miejscu. W naszym hostelu można było na przykład wynająć samochód już za 250 DKK/dzień, ale właściciel miał zaledwie dwa takie auta i wydawał je na maksymalnie dzień-dwa, co nam nie do końca odpowiadało.

Dlaczego nie skorzystaliśmy z tak gloryfikowanego, farerskiego transportu publicznego? Ano dlatego, że na Wyspach Owczych byliśmy 6 dni, z których to większość chcieliśmy spędzić na łażeniu, a nie na przesiadywaniu w autobusach. Zresztą, po liczbie aut stojących w wypożyczalniach można łatwo stwierdzić, że podobną decyzję podejmuje coraz to więcej turystów odwiedzających Faroje. Nie będę tu podejmował tematu, jak podobne decyzje wpływają na ekologię, ale fakt jest faktem.

Atrakcje zorganizowane

Atrakcje „zorganizowane” mieliśmy dwie. Pierwszą z nich był stosunkowo łatwy do załatwienia rejs odpływający z Vestmanny, podczas którego mogliśmy podziwiać tamtejsze „ptasie” klify. Tu kwestia ograniczała się do kupna biletu online i przyjazdu na miejsce.

Drugi wypad wymagał już nieco więcej planowania. Mianowicie – chcieliśmy popłynąć na Mykines (wysepkę znaną przede wszystkim z tamtejszych kolonii maskonurów, a także z pięknych widoków), a wrócić z niego helikopterem. Tej kwestii poświęcę, rzecz jasna, oddzielny wpis, a tu tylko zajawię, że spięcie obu tych rzeczy wymagało wybrania odpowiedniego dnia tygodnia oraz rezerwacji biletów na śmigłowiec na TYDZIEŃ przed planowanym odlotem – innej możliwości po prostu nie ma.

Mykines - sesja zdjęciowa

Chłopaki wyciskają ile się da z Mykinesu

Po zarezerwowaniu wszystkiego pozostało nam się tylko modlić, by w oba zaklepane terminy dopisała pogoda. W przypadku rejsu na Mykines byliśmy początkowo pełni obaw, ale ostatecznie – kiedy już byliśmy na miejscu – słońce wyszło zza chmur i przyświecało nam aż do dnia powrotu do Polski.

Krnąbrna pogoda

Internety nie kłamią – Wyspy Owcze to faktycznie obszar, na którym pogoda potrafi zmieniać się z minuty na minutę. Na szczęście jednak, kiedy chmury znikają niemal całkowicie, to robią to na dłuższy moment. W naszym przypadku trwał on aż 3 dni. Gorzej, jeśli zachmurzenie się utrzymuje – wtedy rzeczywiście w każdej chwili można spodziewać się deszczu, a porywy wiatru potrafią zrzucać ludzi z klifów. Niemniej, kto nie ryzykuje, ten nie pije niskoprocentowych browarów z Foroya Bjor, a do tego nie zobaczy tego wszystkiego, co Owce mają do zaoferowania cierpliwemu podróżnikowi. W naszym przypadku, pierwszą połowę wyjazdu można uznać za pogodowo udaną, a drugą połowę – za udaną wyśmienicie.

Realizacja planu i koszty

Patrząc z perspektywy krótkiego czasu, jaki minął od naszego powrotu, muszę przyznać, że wypad na Wyspy Owcze udał nam się koncertowo. „Zaliczyliśmy” ponad 80% atrakcji, które wstępnie dla nas planowałem (chociaż jedną tylko częściowo – z powodu gęstej mgły i presji czasu), a do tego jako-tako zmieściliśmy się w zakładanym budżecie. W przypadku tego ostatniego, zaskakującym obciążeniem okazały się posiłki obiadowe, które nie dość, że były drogie, to jeszcze nie zachwycały jakością. O tym jednak też jeszcze napiszę.

Podczas naszej wizyty na Farojach udało nam się odwiedzić 6 wysp i opstrykać wszystkie najpiękniejsze miejscówki, chociaż czasem z pewnego oddalenia. Do tego kilkukrotnie zjeżdżaliśmy z utartego szlaku, żeby zbadać to, co z daleka wydawało nam się interesujące – tu też bardzo przydawał się samochód. Dość powiedzieć, że udało nam się dotrzeć do wszystkich punktów, które na swoim planie zaznaczyłem na czerwono, a to nie zdarza mi się tak często, jakbym chciał.

Vagar - okolice lotniska

Pierwsze ujęcia powstały już parę kilometrów od hostelu

Dla większej transparentności tego podsumowania, poniżej przedstawiam jeszcze jego uszczegółowioną formę graficzną, na której znajdziecie m.in. dokładną rozpiskę kosztów, z podziałem na kategorie wydatków:

Wyspy Owcze 2019 - infografika

W kolejnych wpisach na blogu poruszę też wiele tematów szczegółowych, takich jak kwestia transportu, noclegu, jedzenia czy wreszcie docierania do i organizacji konkretnych atrakcji. Za jakiś czas na blogu pojawi się również strona zbiorcza, która połączy wszystkie notki o Wyspach Owczych w jeden zwarty ekosystem. Dajcie mi jednak chwilę, bo muszę jeszcze to wszystko opisać, zmontować i obrobić.

(Wielcy) nieobecni?

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie ponarzekał na to, czego NIE UDAŁO nam się zrobić. Zdaję sobie sprawę, że te braki (których nawet sam nie uznaję za rażące – no, może poza pierwszym) na naszej owczej bucket-liście wynikły głównie z niedostatku czasu, niemniej i tak warto o nich wspomnieć:

  • Na Kalsoy (i słynny trekking na latarnię Kallur) wybraliśmy się za późno. Brak czasu i mgła sprawiły, że nie dotarliśmy do najlepszego punktu widokowego, a kiepskie warunki pogodowe wyłączały możliwość „oszukania” tematu i posłużenia się perspektywą dronową. Na miejsce mogliśmy wprawdzie wrócić innego dnia, ale stracilibyśmy na to tyle czasu, że postanowiliśmy na razie spisać to piękne miejsce na straty.
  • Niby mieliśmy na to czas, ale ostatecznie nie udaliśmy się na wyspę Sandoy. Wygrała chęć zrobienia sobie jednego dnia odpoczynku… oraz poczynienia pewnych oszczędności. Z kolei na Suduroy nie wybraliśmy się przede wszystkim dlatego, że transport na nią jest bardzo czasochłonny. Sensowna wyprawa na najbardziej wysuniętą na południe wyspę wymaga zorganizowania sobie przynajmniej jednego noclegu na miejscu – przynajmniej do momentu, w którym na tę wyspę będzie można dojechać tunelem.
  • Ostatecznie zrezygnowaliśmy również z krótszych rejsów na Nolsoy czy Hestur. Tu wygrało podejście praktyczne – woleliśmy zobaczyć wszystkie główne atrakcje Wysp Owczych, kosztem odpuszczenia sobie miejsc mniej „zatłoczonych” (to słowo to znaczna przesada), ale nie tak spektakularnych.
Kalsoy - Wyspy Owcze

Kalsoy i tak miała swoje momenty

Powtórzę tu jednak to, co powtarzam zawsze: w każdym kraju warto czasem zostawić sobie jakąś miejscówkę, do której będzie można wrócić. W przypadków Farojów jest to dla mnie o tyle uzasadnione, że na miejscu byłem bez Agatki, a jestem pewien, że by się tam jej podobało. Nie wykluczam więc, że za jakiś czas polecimy na Owce razem – wtedy nadrobię swoje zaległości.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Wyspach Owczych i polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Skomentuj czy coś:

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.